Do dwóch razy sztuka

Do trzech razy sztuka.

Cóż, nie tym razem. W Alyki byłam dwa razy i obawiam się, że zarówno jedzenie, jak i obsługa zawiodły mnie na tyle, że nie odważę się pójść tam trzeci raz.

Alyki znałam z opowieści, w których zawsze wychwalano ją jako restaurację festiwalu Restaurant Week z najlepszą obsługą. Dowodem satysfakcji klientów jest rząd dyplomów — niektóre zawadiacko przechylone, być może podczas skrupulatnego przecierania.

Alyki, odnoszę wrażenie, chce być restauracją z prawdziwego zdarzenia: instytucją, która powinna zapewnić odwiedzającym niezakłócone zgrzytami czy drobnymi niedopracowaniami doświadczenie. Klient może założyć, że takie przeżycie go czeka, gdy spojrzy na wszystkie wiszące przy barze dyplomy, nawet te lekko przekrzywione. Uznałam więc, że skoro Alyki tak chce być postrzegane, to też tak je będę oceniać.

Poprzeczka została postawiona wysoko.

Pierwsza wizyta była dla mnie doświadczeniem zupełnie nowym, bo po raz pierwszy w życiu zwróciłam prawie nienaruszone danie do kuchni. Moja towarzyszka również. Ale po kolei. Obie jesteśmy cierpliwymi osobami, ale jednak obsługa wystawiła nas na próbę. Wielokrotne podchodzenie do nas w krótkim czasie i pytanie się, czy może wreszcie wybrałyśmy coś z menu czy długie próby zwrócenia uwagi kelnerki, aby poprosić o sztućce, podczas gdy jedzenie stygło na stole to zdecydowanie nie są przykłady najlepszej obsługi.

Przystawki były przyzwoite, wino stołowe też dawało radę, chociaż mogłoby spokojnie kosztować 10 zł mniej. Gwoździem programu okazały się dania główne. Obie zamówiłyśmy potrawy z menu sezonowego, polecane przez szefa kuchni. Wątróbka w sałacie z winegretem malinowym A. dotarła do nas w postaci zszarzałych od wewnątrz przesmażonych wiórów. Warto tutaj podkreślić, że wątróbki miały być przygotowane metodą sous-vide, ale wyglądały, smakowały i miały konsystencję, jakby obok sous-vide co najwyżej leżały. Okazało się, że A. znalazła na swoim talerzu podgniły liść sałaty. W tym momencie przestała jeść.

Moja cielęcina również przygotowana była metodą sous-vide, ale była twarda i smakowała wyłączenie mięsem. Sól w puree z bobu zupełnie zagłuszała jego smak, a rabarbar był cierpki i łykowaty. Jednak poddałam się dopiero wtedy, gdy znalazłam na swoim talerzu gruby, czarny włos. Wtedy także podziękowałam. Trzeba przyznać, że obsługa dobrze poradziła sobie z sytuacją, przeprosiła i zaproponowała zapłatę tylko za napoje i przystawki.

Wspólnie z A. uznałyśmy, że może to była jednorazowa sytuacja, że może się zdarzyć, okej, trudno. Poszłyśmy więc jeszcze raz, dając Alyki drugą szansę. Humor popsuł nam się już na początku, kiedy kelnerka na prośbę o kartę win uprzejmie obwieściła, że jakby co, to w karcie win nie ma wina stołowego. Kolejnym zgrzytem były komentarze związane z dzieleniem porcji na pół, że to nawet dobrze, bo łatwiej podzielić to danie i ten deser na dwa talerze. Jako klientka restauracji szczycącej się najlepszą obsługą podczas kilku edycji Restaurant Weeka nie powinnam otrzymywać takich komentarzy, nie powinno się mnie informować, że to fajnie, bo łatwiej podzielić deser.

Jedna z przystawek dawała nadzieję, że będzie dobrze — krewetki, chociaż troszkę za słone, nie były gumowe. Zostały jednak przyćmione deską rozmaitości (35 zł), czyli selekcją wędlin, serów i krakersów.

Jeśli idę do takiej restauracji zakładam, że deska będzie zawierać albo produkty własnej roboty, albo wyselekcjonowane od lokalnych producentów. Jednak za 35 zł dostałyśmy obdrapaną i przypaloną deskę wypełnioną sklepową wędliną, serami, oliwkami i suszonymi pomidorami, a to wszystko uwieńczone krakersami a la lajkonik.

A to tylko przystawki.

Brnęłyśmy z A. dalej. Uznałyśmy, że zamówimy także dania główne i deser. Obie wzięłyśmy po połowie porcji pierogów z cielęciną i kurkami. Pierogi smakowały solą i mięsem, czasami, gdy się mocno skupiłam, mogłam wyczuć odległe echo kurki. Częściej trafiałam na chrząstki, aniżeli na grzyby. Crème fraîche nie wyglądał, ani nie smakował — był za rzadki i za mdły.

Deser, faworyt uczestników Restaurant Weeka, był przyzwoity, ale w żadnym wypadku nie wybitny. Taki zwyczajny, prawidłowy. Zauważyłam podczas degustacji w trzech czy czterech edycjach RW pewną prawidłowość, mianowicie traktowanie deseru przez lokale gastronomiczne po macoszemu, nawet jeśli przystawka i danie główne były na bardzo wysokim poziome. Ale tutaj nic nie było na wysokim poziomie. Deser również, pomimo swojej powierzchownej elegancji. Ale nie trzeba tworzyć owocowych żelów ani pompatycznych nazw, aby deser był dobry. W Campo jadłam najpyszniejszy fondant czekoladowy w moim życiu, a w Dworzysku lody z zsiadłego mleka, których też nigdy nie zapomnę. Nie wspominam już o takich perełkach, jak warszawska Odette, która zamyka w swoich małych ciasteczkach tak niesamowicie wyważone, dopełniające się w każdym calu przeżycie smakowe.

A, i wino stołowe, które zamówiłyśmy, wydawało się być gorsze od tego, które piłyśmy ostatnio. Być może skwaśniało pod wpływem naszych negatywnych uczuć. Karta win w żaden sposób mnie nie przekonała, chociaż miłym akcentem były wina z polskiej winnicy.

Przez cały czas wizyty zastanawiałam się — nadal się zastanawiam — skąd fenomen Aylki? Dlaczego dostało tyle wyróżnień, dlaczego ludzie uznali, że ze wszystkich wrocławskich lokalu biorących udział w RW, to Alyki miało najlepszą obsługę?

Jednym z możliwych wytłumaczeń jest to, że obsługa wyjątkowo się stara podczas trwania festiwalu. Ale większe znaczenie ma tutaj, tak myślę, fakt, że jak społeczeństwo nie mamy jeszcze zbyt dużej świadomości kulinarnej. Jeśli nie bywamy w restauracjach, nie mamy styczności z dobrą obsługą kelnerską czy z sommelierem, nie mamy na czym opierać naszych opinii, nie mamy do czego porównywać naszych doświadczeń. Być może dla wielu obsługa, którą zastali podczas trwania RW była najlepszą, jakiej doświadczyli.

Alyki byłoby przyzwoitym lokalem jak na swój poziom: taką restauracją z mocno średniej półki . Ale Alyki jako restauracja z prawdziwego zdarzenia, którą próbuje być, wypada boleśnie słabo.