5 listopada 2016 Japan trip 2015

Japonia 2015: Arashiyama na dwa razy

W poście o Kamakurze napomknęłam o Arashiyamie. Idąc za ciosem i kontynuując wątek lasów bambusowych, postanowiłam napisać tym razem o Arashiyamie, która mieści najbardziej znany — i najpiękniejszy — las w Japonii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Arashiyamie byłam dwa razy.

Za pierwszym razem przywitał mnie deszcz, lodowaty, gęsty i ciężki. Ludzie na stacji siedzieli skurczeni na ławkach i podjadali lody ze stoisk umieszczonych bezpiecznie pod dachem. Patrzyli smętnie na ścianę deszczu blokującą dostęp do sławnego lasu bambusowego. Przez chwilę (dłuższą) spacerowałam nerwowo po stacji, zastanawiając się, czy jest sens przebijać się przez tę ulewę. Zwłaszcza, że akurat tego dnia zapomniałam parasolki (ale potem już do końca wyjazdu pamiętałam, żeby brać ją ze sobą). W końcu uznałam, że raz się żyje i ruszyłam. Przeszłam na drugą stronę ulicy i już musiałam schować się w budynku naprzeciw, bo przemokłam do suchej nitki. Deszcz był tak gęsty, że trudno było cokolwiek dostrzec. Ciężkie, mokre ubranie kleiło się do mojego ciała, a niska temperatura powodowała, że zimno przeszywało mnie na wskroś. Uznałam, że to nie jest za dobry początek. Zobaczyłam swoje odbicie w szybie sklepu: błyszczące od wody ubranie klejące się do ciała, z włosów lała mi się woda, a pode mną rozrastała się kałuża wody. W malutkiej kawiarence obok, dwie starsze panie w plastikowych ponczach przyglądały mi się krytycznie, siorbiąc herbatę i skubiąc dango, niewzruszone ścianą wody znajdującą się kilka centymetrów od nich.

Ruszyłam dalej. Doszłam nawet do skraju lasu, tam jednak deszcz zaczął padać jeszcze bardziej. Rzuciłam się więc do najbliższego sklepiku z parasolkami i zakupiłam parasolkę. Odwróciłam się i ruszyłam z powrotem na stację, skrzecząc i pochlupując przemoczonymi butami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za drugim razem świeciło słońce. Czuć było wilgoć w powietrzu, ale po niebie przesuwały się leniwie białe chmury, niegrożące deszczem. Mimo wszystko miałam ze sobą parasolkę. Po drodze zahaczyłam o parę świątyń, tych małych z niewielkimi ogródkami, ale też i do wielkiej, przy której pysznił się przepiękny ogród japoński, którego drzewa nasycały się powoli barwami jesieni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W końcu dotarłam do lasu bambusowego. Pod wysokimi jak wieże bambusowymi tykami mrowili się turyści. Mimo to widok zapierał dech. Było w nim coś pozaziemskiego. Wysokie, strzeliste tyki o srebrzystozielonej barwie zamykały się nad naszymi głowami, tworząc jakby korytarz. Miałam wrażenie, że padam ofiarą kamikakushi: bóstwa kami prowadzą mnie przez ścieżkę, która zaprowadzi mnie do ich świata, a ja zniknę, ukryta za lasem tysięcy bambusów. Wysokie, strzeliste tyki zamykały się nad naszymi głowami, tworząc jakby korytarz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Śmiech grupki znajomych pozujących do zdjęcia, przywrócił mnie na Ziemię. Nagle zauważyłam, że przez moment w ogóle nie zauważałam, ani nie słyszałam otaczających mnie ludzi. Wygląda na to, że Arashiyama mnie zaczarowała.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Powróciwszy do rzeczywistości, chwyciłam za aparat i zaczęłam pstrykać zdjęcia jak szalona, zauroczona pięknem lasu. Ale nie ważne, ile zdjęć zrobiłam, żadne nie mogło oddać tego nieopisanego, dziwnego czaru, którego nie do końca umiałam opisać. Czułam, jakby naprawdę w gąszczu bambusów chowały się kami i obserwowały niczego nieświadomych ludzi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na drugim końcu lasu czekała na mnie mała świątynia, a kiedy poszłam jeszcze dalej, moim oczom ukazała się rzeka z pięknym widokiem na porośnięte gęstym lasem niewielkie góry. Tam przycupnęłam na chwilę, żeby odpocząć i nacieszyć się słońcem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W końcu powoli ruszyłam z powrotem do stacji tramwajowej. Do Arashiyamy, która oficjalnie jest dzielnicą Kioto, ale ma raczej atmosferę spokojnego miasteczka, można dostać się na różne sposoby. Najpopularniejszą metodą jest pociąg, którym podróż zajmuje około 15-20 minut. Ja jednak skorzystałam z tramwaju, którego przystanek znajdował się tuż obok mieszkania, w którym spałam. Jeśli więc macie taką opcję, warto z niej skorzystać, bo drewniane, oldschoolowe wnętrze oraz lekkie telepanie i skrzypienie wagonika są bardzo klimatyczne. Tramwaj jedzie też wolniej od pociągu, można więc spokojnie oglądać widoki za oknem. Co jeszcze fajniejsze, ten sam tramwaj dojeżdża też do Fushimi Inari Taisha.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od razu po Arashiyamie, korzystając z pogody, udałam się właśnie do Fushimi Inari. Tam też zaspokoiłam głód. O tym co tam widziałam i jadłam, możecie poczytać tutaj

OLYMPUS DIGITAL CAMERA