1 października 2016 Japan trip 2015

Japonia 2015: Kamakura

Niedawno upłynął rok od mojej podróży do Japonii. Tyle wydarzyło się rzeczy – dobrych i złych – w ciągu tego roku, że mam wrażenie, że byłam w Kraju Kwitnącej Wiśni niedawno. Mimo to tęsknię bardzo i kombinuję, jak znowu tam pojechać. Nie wiem jednak, kiedy to nastąpi, bo znajduję się w okresie przejściowym – szykuje się duża zmiana w moim życiu, oprócz tego mam priorytety, których nie mogę zignorować: przede wszystkim muszę uporządkować siebie. Robię postępy, małymi kroczkami. Szczerze mówiąc, ciężko mi jest zabrać się za pisanie tekstu na bloga czy do wymyślania przepisów i robienia zdjęć. Ale wiem, że chcę to robić. Mam mnóstwo pomysłów. Ale brak siły, żeby się za nie zabrać. Przepraszam, że Was tak zaniedbuję. Ale proszę Was o cierpliwość, Kochani.

Ponieważ zżera mnie tęsknota za Japonią i za podróżowaniem w ogóle, ale też za uczuciem swobody i wolności, czegoś na kształt szczęścia, wracam do mojej podróży. Wracam do niej razem z Wami. Zapraszam na spacer po Kamakurze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kamakura to drugie miasto, jakie odwiedziłam po przyjeździe do Japonii. To około półtorej godziny podróży pociągiem ze stacji Shinjuku w Tokio. Pierwszego dnia po przyjeździe wylądowałam w Jokohamie, wciąż oszołomiona podróżą i świadomością, że nareszcie jestem z powrotem w Japonii. Trochę jeszcze niepewna i ostrożna. W Kamakurze oszołomienie ustąpiło spokojowi i większej pewności siebie. Z chciwością pochłaniałam wzrokiem widoki za oknem pociągu, zieleń i złoto pól uprawnych, szarość zabudowań, brudnozielonkawe rzeki, grupki matek skupione wokół gry baseballowej ich małych synków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kamakura różni się także od Jokohamy swoją naturą. Jokohama to miasto portowe, bardziej zadziorne od mniejszej od niego Kamakury, słynące ze swojej portowej wielokulturowej (na miarę japońską) przeszłości i z muzeów ramen, o których pisałam więcej tutaj. Kamakura zaś to małe miasto upstrzone świątyniami i chramami, słynne przede wszystkim z drugiego co do wielkości posągu Buddy w Japonii. Po alejkach sklepowych przechadzają się pary i rodziny z dziećmi, a na terenach świątyń zawsze znajdziemy jedną lub dwie wycieczki pstrykające zdjęcia perfekcyjnie zaprojektowanemu ogrodowi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wzdłuż alei ze sklepami, oprócz zupełnie nowych butików wypełnionych artystycznymi akcesoriami i ubraniami, znajdziemy także małe, wąskie sklepiki, których schodki prowadzą do słabo oświetlonych skarbnic używanej bądź nowej ceramiki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przed ich wejściami sklepikarze dumnie wystawiają umyślnie niedoskonałe talerzyki i miseczki lub wystawiają kosz z promocyjnymi egzemplarzami. Koniecznie zajrzyjcie przynajmniej do jednego na dłużej i pogrzebcie: ręcznie malowane malutkie talerzyki czy drobne podstawki pod pałeczki hashi to wspaniała pamiątka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Aleje te kuszą także przybytkami z jedzeniem. Zapachy nawarstwiają się jeden na drugim, przechodzą z poprzedniego w następny, w miarę jak przesuwamy się do przodu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czasami zapach zwabi nas w bok, gdzie w krótkiej, wąskiej uliczce łączącej dwie aleje odkryjemy małe stoisko ze słodkawymi omletami na patyku czy słodkimi ziemniakami w cukrze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wszechobecne są — na szczęście! — sklepiki z lodami, niezwykle delikatnymi i rozpływającymi się w ustach, które Japończycy nazywają softo aisu kurimu (z angielskiego soft ice cream). To trochę jak nasze lody włoskie, tylko lepsze. Znacznie lepsze. I występujące w niezliczonych smakach, z których najbardziej cenię sobie czarny sezam (kurogoma) i herbatę matcha. W Kamakurze znalazłam zaś połączenie machy i słodkiego ziemniaka, które okazało się bardzo trafione.

Najedzona ruszyłam zwiedzać świątynie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zajrzałam do kilku na mojej trasie, jednak najbardziej zależało mi na jednej: Hokoku-ji, przy której rósł bambusowy las i gdzie w pawilonie można było napić się zielonej herbaty. Miałam jednak duże problemy z jej odnalezieniem. Droga do niej prowadziła przez ulice identycznie wyglądających domów, wśród których straciłam orientację.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Postanowiłam więc wycofać się na główną ulicę i poprosić o pomoc. Miałam ogromne szczęście, bo zaczepiłam starszego pana, który wyjaśniwszy, że teraz jest całkowicie wolny i nie ma co robić, zaprowadził mnie tuż pod świątynię.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co więcej okazało się, że studiował w Norwegii, był przelotem w Polsce i całkiem dobrze znał angielski. Droga zajęła jakieś pół godziny, a w międzyczasie rozmawialiśmy mieszanką angielskiego i japońskiego. Kiedy się rozstaliśmy, zapytałam się, czy mogę zrobić mu zdjęcie. Zgodził się z pewną nieśmiałością, ale i przyjemnością. Podziękowałam mu wielokrotnie i rozstaliśmy się. Do dziś pamiętam jego życzliwość i dobro. Zdawałam i wciąż zdaje sobie sprawę z mojego specjalnego i uprzywilejowanego statusu turysty w Japonii, który zawsze znajdzie pomoc i który może sobie pozwolić na dużo, ale mimo wszystko zawsze byłam zadziwiona i przyjemnie zaskoczona życzliwością, jaka spotykała mnie w Japonii wtedy, kiedy jej potrzebowałam.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kiedy dotarłam do świątyni i obejrzałam ją, skierowałam się ku bambusom. Lasek, czy raczej zagajnik nie był duży, ale i tak zachwycał strzelistymi tykami o srebrno-zielonej barwie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z pewnością nie była to Arashiyama (o której za jakiś czas), jednak ogrody Hokaku-ji miały swój czar.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dróżka z kamieni prowadziła do pawilonu, gdzie trzy energiczne starsze panie kręciły herbatę matcha i serwowały ją z pięknymi malutki cukierkami w kształcie kwiatów. Usiadłam na ławeczce i popijałam napój, delektując się nie tylko smakiem i aromatem, ale też widokiem wilgotnych pajęczyn rozciągniętych między bambusami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kierując się ku najważniejszej atrakcji Kamakury, Daibutsu, czyli wielkiemu Buddzie, nie mogłam się powstrzymać od opuszczenia najprostszej trasy pełnej zwiedzających na rzecz kluczenia bocznymi uliczkami. A te, nieprzyzwyczajone do zwiedzających, pozbawione były schludności i porządku głównych ulic. Tył domu pełen starych przedmiotów, podwórko z warstwami starego drewna, niszczejący budynek z dziwną konstrukcją z drewna i siatki: to też Japonia, taka codzienna, zwykła do bólu, nieuczesana i niewyprasowana, bez kombinezonu niezwykłości, który nieustannie się jej zakłada, którą też kocham i też uwielbiam oglądać. Takie widoki, chociaż z pewnością mniej estetyczne niż świątynie i ich zadbane ogrody, są dla mnie dziwnie przyjemne dla oka. Ciekawi mnie, czy Wy też cenicie sobie takie codzienne widoki i sceny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kierując się ku Buddzie natrafiłam na orszak z mikoshi, czyli przenośnym ołtarzem zrobionym z drewna, zdobionym i ważącym ponad tonę. Za nim ciągnął się sznurek ludzi, nie było jednak tłumu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak się później okazało, pochód miał się jeszcze zacząć. Przeszłam kawałek trasy razem z pochodem, po czym wstąpiłam na tereny świątyni, gdzie siedział dumnie wielki Budda.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Daibutsu nie był tak okazały jak ten w Narze (o którym opowiem kiedy indziej), wciąż jednak bił od niego majestat. Patrzył gdzieś daleko w przestrzeń (i być może także w czas), niewzruszony oblegającym go mrowiem turystów. Niektórzy z nich nawet wchodzili do jego wnętrza. Mnie jednak zupełnie wystarczało podziwianie go od zewnątrz. W dziennym świetle wydawał się być niebieskawy. Jego oczy, pozbawione źrenic i lekko przymrużone, zdawały się widzieć wszystko. Spowijał go dym z kadzideł, który ludzie naganiali dłońmi ku swoim twarzom, a potem pozwalali mu lecieć dalej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wokół niego błyskały flesze, podskakiwały selfie sticki, rozbrzmiewały westchnięcia zachwytu, rozmowy i śmiechy. Wielki Budda był jednak ponad tym, odcięty i samotny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Powoli zmierzając w stronę alei sklepowych, aby nabyć kilka talerzyków i zjeść jakiś porządniejszy posiłek — Kamakura słynie z makaronu soba — ponownie natknęłam się na orszak z mikoshi. Ale cóż to był za orszak! Sznurek ludzi, którzy kroczyli za mikoshi na skraju ulicy, teraz zajmował całą jej szerokość. Niemal wszyscy ubrani byli w odświętne stroje. Liczba osób niosących ołtarz wzrosła, przez co mogły one pozwolić sobie na podskakiwanie i bujanie konstrukcji. W tłumie co chwila ktoś krzyczał i posapywał. Ludzie bawili się, mikoshi pobrzękiwało złotymi dzwoneczkami, żeby pokazać bóstwu, że odbywa się przyjęcie na jego cześć i zaprosić je do mikoshi właśnie, aby zostało wygodnie przetransportowane do świątyni, gdzie odbędzie się ceremonia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Częściowo dlatego, że nie było innego wyjścia (nie można było ominąć orszaku), a częściowo dlatego, że nie mogłam się powstrzymać (radosny nastrój był zaraźliwy), szłam kawałek z grupą świętujących, klaszcząc razem z nim, gdy grupa mężczyzn wyjątkowo wysoko podrzuciła mikoshi. W końcu jednak odłączyłam się do grupy. Po zakupieniu upatrzonych wcześniej talerzyków udałam się do małego baru serwującego sansai sobę (wegański bulion z makaronem soba i górskimi grzybami, korzonkami i warzywami).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Siorbając w ciszy piekielnie gorącą zupę i delektując się pozycją siedzącą po kilku godzinach chodzenia, wspinania się i stania, przysłuchiwałam się dzwoneczkom mikoshi i okrzykom tłumu, które wciąż było słychać w oddali.

  • Myślę, że chęć pomocy może się też wiązac z faktem, że dla Japończyków Europejki są bardzo piękne, zwłaszcza słowianki :).
    I nie tylko Ty uwielbiasz buszować po dziwnych zakątkach, ja też zawsze szukam życia codziennego 🙂