14 marca 2016 Bento Podstawy Szybkie Wege

Matcha shio, czyli herbaciana sól

Matcha kojarzy nam się głównie z, oczywiście, herbatą i z deserami. Ale przecież jej specyficzny, ziemisty smak pozwala też na eksperymentowanie z potrawami i przyprawami wytrwanymi. jakiś czas temu na Instagramie natknęłam się na zdjęcie tempury posypanej mieszanką herbaty matcha i soli. Pomysł ich połączenia wydawał mi się tak prosty, a jednocześnie tak ciekawy, że postanowiłam spróbować. Przepis jest nieprzyzwoicie wręcz szybki i łatwy, zajmie Wam może minutę – wliczając czas wyjęcia składników i miseczki do ich wymieszania.

Taka sól może sobie spokojnie stać u Was na półce z przyprawami, a Wy możecie dodawać ją do wszystkiego, co chcecie: do tempury, do zwykłego ryżu, do mięsa, do warzyw… Będzie pięknie wyglądać jako dekoracja, chociaż nie należy z nią przesadzać – chociaż słoność jest delikatnie przygaszona herbatą matcha, to wciąż jest to sól.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

(więcej…)

4 listopada 2015 Japonia Podstawy

O piciu matchy

Herbatę pijemy wszyscy. W Polsce króluje herbata zwykła: ciemny proszek zamknięty w torebce ze sznurkiem. Barwi wodę, daje posmak, ale niewiele więcej. Nie ma nic wspólnego z dobrze zaparzoną herbatą wysokiej jakości. Herbaciany świat jest kolorowy: są herbaty białe, czerwone, czarne… No i zielone. A wśród nich matcha, prawdziwe cudo: w każdej jej czarce znajdziemy mnóstwo przeciwutleniaczy i wolno uwalniającą się kofeinę. Matcha świetnie odnajduje się także w kuchni, na przykład w wypiekach. Na końcu wpisu znajdziecie parę propozycji, jak matchę nie tylko wypić, ale także zjeść.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Matcha kojarzy się z rozbudowaną, objętą sztywnymi ramami ceremonią herbacianą, podczas której mistrz herbaty wykorzystuje mnóstwo przyrządów i wykonuje serię wyćwiczonych ruchów, aby przyrządzić czarkę tej zielonej herbaty. Oczywiście, można i tak. Ale jeżeli macie w domu miseczkę, małe sitko i spieniacz do mleka, matchę możecie także przygotować sobie w domu w bardzo prosty sposób.  Jeżeli w Waszym domu znajduje się chawan (czarka do matchy), chasen (bambusowy pędzelek) i chashaku (bambusowa łyżeczka do odmierzania matchy), możecie od razu przejść do działu Tradycyjnie i zabrać się za parzenie matchy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Matchę przygotowuje się na dwa sposoby: usucha (herbata jest bardziej rozwodniona) lub koicha (herbata jest gęstsza i intensywniejsza w smaku). Jeżeli zaczynacie dopiero swoją przygodę z piciem matchy, proponuję zacząć od usuchy — będzie miała łagodniejszy smak od koichy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A co z kupnem herbaty? Jasne, możemy zamówić tanią matchę w sklepie internetowym, ale musimy pamiętać, że ten rodzaj herbaty wykorzystuje się raczej do gotowania. Warto wydać trochę więcej na lepszą jakościowo — a więc i smaczniejszą — matchę.

UPDATE: Ja gorąco polecam produkty Moya Matcha – pochodzą z ekologicznych upraw w Uji w pobliżu Kioto. Ma piękną barwę i prawie w ogóle nie czuć goryczki, która tak odstrasza wiele osób.

Ostatnia uwaga: temperatura wody jest bardzo ważna. Nie tylko w przypadku matchy, ale parzenia herbaty w ogóle. Jeżeli nasza matcha jest obrzydliwie gorzka znaczy to, że woda była zbyt chłodna lub zbyt gorąca. Warto wyposażyć się w termometr kulinarny, nawet taki najprostszy, na przykład ten z Ikei, którego używam ja: w ten sposób możemy dokładnie kontrolować temperaturę wody.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

(więcej…)

6 września 2015 Japonia Podstawy

6 niezbędników kuchni japońskiej

Mówi się, że kuchnia japońska ma „wielką czwórkę”, takie cztery filary, które stanowią jej podstawę: bulion dashi, shoyu, miso i sake. Jeden lub więcej z tych składników jest używany w praktycznie każdym japońskim daniu. Dla mnie, kuchnia japońska ma tych filarów sześć: do wymienionej wcześniej czwórki dołączam mirin i ocet ryżowy. Te składniki stały się dla mnie już tak elementarne, że stosuję je w kuchni na co dzień, nie tylko do potraw czysto japońskich.

Wymieniona tutaj szóstka jest, według mnie, podstawą podstaw. Możemy nie mieć młodego bambusa, lotosa, enoki czy innych składników typowych dla kuchni Kraju Kwitnącej Wiśni – a niedostępnych w Polsce – ale jeżeli chcemy gotować na japońską modłę, warto zaopatrzyć się w to minimum.  Są one łatwo dostępne, raczej tanie i starczą nam na długo. W połączeniu z innymi składnikami, które kupimy w każdym sklepie, możemy przygotować mnóstwo japońskich pyszności (na polskie możliwości). Zawsze próbuję Wam to udowodnić, mam nadzieję, że trochę Was już przekonałam.

Poniżej prezentuję Wam „wielką szóstkę”. Kolejność nie ma tutaj znaczenia. Podpowiadam Wam, jakie produkty kupić najlepiej, ale nie jestem przecież wyrocznią: jeżeli uważacie, że sos sojowy z Lidla będzie dla Was wystarczająco dobry, to z pewnością macie rację. W większości przypadków składniki te można zastąpić polskimi odpowiednikami, ale musimy pamiętać, że smak nigdy nie będzie ten sam.

Jeżeli macie jakiekolwiek pytania, pytajcie. Naprawdę. Czy chodzi Wam o zamienniki, czy o sklepy z azjatyckimi produktami, czy może macie jakieś sugestie – walcie śmiało. Z chęcią pomogę! Najlepiej piszcie tutaj, w komentarzach lub na moim fanpage’u.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A teraz zapraszam do czytania!

(więcej…)

2 sierpnia 2015 Bento Japonia Podstawy

Co włożyć do bento?

Sushi towarzyszy nam już od dawna: w prawie każdym polskim mieście natkniemy się na susharnię. Ich jakość jest często żadna, nie ulega jednak wątpliwości, że sushi to jedyna japońska potrawa, którą każdy Polak jako tako kojarzy. Od jakiegoś czasu się to zmienia. Na horyzoncie pojawił się ramen – czy ten tradycyjny serwowany przez Yeztu w Poznaniu, czy bardziej eksperymentalny w RAMEN GIRL w Krakowie. Niedawno w Warszawie otworzyła się pierwsza w Polsce udonownia Uki Uki, serwująca naprawdę pyszny udon. Będąc w stolicy możemy także udać się do Shabu Shabu na sycące, właśnie, shabu shabu. Uraczymy go także we wrocławskim Maki Sakata. Jednym słowem: potraw z Japonii na polskim rynku coraz więcej. Ale są to głównie dania (poza shabu shabu), które spożywa się raczej poza domem, nie w domu (chociaż można przecież zrobić sobie ryż do sushi i sklecić samemu jakieś maki albo zrobić własnoręczny makaron udon).

A jest przecież danie, które jest kwintesencją domowej japońskiej kuchni.

Jest bento.

Oczywiście, bento dostaniemy także w restauracjach czy w pociągach, ale to zwykłe, najpowszechniejsze bento jest codziennie przygotowywane przez tysiące japońskich matek w całej Japonii (tudzież partnerek lub – rzadziej – ojców/partnerów). Codziennie zastępy japońskich matek wstają rano i przygotowują bento rodzinie. Ma być różnorodnie, zdrowo i oczywiście pysznie. Kupują magazyny i książki poświęcone tematyce, doszkalają się i szukają inspiracji. Jest w tym także pewien tragizm – zamknięte w szufladkach z napisem „pani domu”, nie są w stanie robić wiele więcej. Przelewają więc całą miłość i energię w prowadzenie domostwa. A jedną z najważniejszych jego kwestii jest zapewnienie zdrowego, zbilansowanego posiłku rodzinie.

Przepisy wykorzystywane w bento są przekazywane z pokolenia na pokolenie. A potem doskonalone i przekazywane dalej.

I odnoszę wrażenie, że ta tradycja zaczyna się powolutku tworzyć też u nas – na zachód od Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie mówię tutaj o usługiwanie rodzinie, o które niektórzy mogą posądzić japońskie gospodynie. Chodzi mi o świadomość, jak ważne jest zdrowe odżywianie, zapewnienie zbilansowanego i smacznego posiłku bliskim (a także sobie, trzeba szanować siebie i swoje ciało!) oraz przekazanie tej świadomości dalszym pokoleniom.

Bento nieźle sobie w Polsce radzi. Nie weszło ono jeszcze na kulinarne salony, ale w blogosferze trzyma się mocno. Blogerki i blogerzy tworzą swoje bento i dzielą się nimi z resztą świata. Inspirują się zarówno kuchnią japońską, jak i tradycjami kulinarnymi nam bliższymi, na przykład włoskimi. Ogranicza ich tylko wyobraźnia (noo, i jeszcze zasady bezpieczeństwa – o nich w tekście poniżej).

Jeżeli chcecie zacząć tworzyć swoje własne bento, to zapraszam do czytania!

 

Co to właściwie jest bento?

Bento – czy też obento – to nic innego jak lunch zapakowany w pudełko. To taki mały, zbilansowany posiłek, który zabieramy do szkoły, do pracy, czy w podróż. Albo na specjalne okazje – na przykład na hanami czy podczas formalnej kolacji.

Istnieje kilka głównych rodzajów bento:

Podstawowym jest, oczywiście, najzwyklejsze bento przygotowane w domu.

Ootoya-Bento-III-600x900

(Zdjęcie zapożyczone z Just One Cookbook – przepis na bento z kurczakiem słodko-kwaśnym autorstwa Namiko Chen)

Mamy także kyaraben (albo charaben), które są małymi, jadalnymi dziełami sztuki. Na początku powstały jako sposób walki z niejadkami – kolorowe i zabawne bento miały zachęcić dzieci do jedzenia. Teraz jest to sprawa na tyle poważna, że istnieją liczne konkursy na skalę krajową oraz strony poświęcone wyłącznie kyaraben. Są one rzeczywiście słodkie i zabawne, ale niewielu z nas może sobie pozwolić na stworzenie tego małego dzieła sztuki codziennie rano.

animalkyaraben

(Przykład bento kyaraben – zdjęcie zapożyczone ze strony Adventures in Bentomaking)

Natknęłam się także na soshoku bento, czyli proste, zdrowe bento, korzystające z sezonowych składników i czerpiące, między innymi, z tradycji kuchni shojin, czyli wegańskiej diety buddyjskich mnichów.

Kolejnymi typem jest makunochi bento. Kunsztowne potrawy jedzone w pudełkach z laki podczas formalnych okazji.

4872516958_083f5b0869_o

(Przykład makunochi bento – zdjęcie zapożyczone z ed’s Place)

Jeszcze innym rodzajem bento jest kouraku bento, przygotowywane na pikniki i wypady poza miasto. Idealne chociażby na hanami.

2405998387_3644822cc0_z

(Przykład kouraku bento dla całej rodziny – zdjęcie zapożyczone ze strony Fukuoka Now)

Jest też eki bento – z reguły skracane do ekiben – kupowane na stacjach kolejowych i przeznaczone do zjedzenia w pociągu. Będę takie spożywać pasjami we wrześniu.

11745841_924495717607672_8788974900053054881_n

(Ekiben – zdjęcie autorstwa Namiko Chen z Just One Cookbook)

(więcej…)

7 maja 2015 Podstawy Słodkie Szybkie Wege

Pasta z czarnego sezamu

Pamiętacie, jak skarżyłam się, że mam teraz szalony czas w moim życiu? Coż, dalej go mam. Dlatego przepraszam, za tę ciszę na blogu. Jedną z tych szalonych rzeczy, które mi się teraz przytrafiają, było zapewnienie cateringu na maraton filmów japońskich zorganizowany przez Dyskusyjny Klub Filmowy Politechniki Wrocławskiej. Ja, kuchnia i jedzenie dla 200 osób. Gdyby nie koleżanki, które mi pomagały, wszystko szlag by trafił, a ja popełniłabym rytualne seppuku w przerwie między filmami. Nie byłoby jedzenia, to bym przynajmniej zapewniła jakąś rozrywkę. Ale uff-puff, wszystko wyszło. A nawet powiem więcej – smakowało! Nawet nie macie pojęcia, jak się strasznie z tego faktu cieszę. Ponieważ ludzie pytali się czy przepisy jedzenia, które serwowałam (więcej szczegółów tutaj) są na blogu, postanowiłam takowe jak najszybciej zrobić. Z tym „jak najszybciej” troszkę nie wyszło, ale wierzcie mi, robię, co mogę. Jako pierwsza leci pasta z czarnego sezamu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szczerze mówiąc, kiedy zobaczyłam w Tokio ludzi pałaszujących granitowe w barwie lody, miałam raczej mieszane uczucia. Kiedy jeszcze dowiedziałam się, że kolor zawdzięczają czarnemu sezamowi, byłam jeszcze bardziej sceptyczna. Czarne to to takie, no i ten sezam. Sezam w lodach? Kręciłam nosem.

Ale wtedy spróbowałam tejże pasty.

I zrozumiałam, o co tyle krzyku. Słodycz miodu przełamana jest wytrawnym smakiem gorzkawego prażonego czarnego sezamu. Owszem, wygląda jak muł rzeczny, ale niech nie zmyli Was jej wygląd. Ona jest po prostu pyszna. Chociaż radzę pożuć gumę po jej spożyciu, bo kawałeczki ziaren mogą przykleić się do zębów…

I och ach, westchnęłam, kiedy spróbowałam zaimprowizoanych lodów sezamowych! Znalezione w zamrażalniku lody pomieszałam z lekko rozwodnioną pastą i voila! Można dodać ją także do sernika czy do puddingu… A może spróbować pomoczyć w paście pocky albo ciasteczka z herbatą matcha? A może dodać do dania wytrawnego? Do makaronu soba? Do zupy? Tu ogranicza Was tylko wyobraźnia! Na dole przepisu macie jeszcze jeden pomysł na jej wykorzystanie: krakersiki z pastą z czarnego sezamu z listkiem kolendry, które cieszyły się dużym powodzeniem na maratonie filmów japońskich w ten poniedziałek (troszkę zdjęć z imprezy znajdzecie tutaj).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A teraz zapraszam do przepisu. Ja tymczasem uciekam dalej zmagać się z rzeczywistością.

(więcej…)

29 marca 2015 Bento Japonia Podstawy Szybkie

Japoński majonez

Pamiętacie przepis na okonomiyaki? Polewa się je majonezem, co w połączeniu z sosem okonomi sprawia, że nasze kubki smakowe szaleją od natłoku przyjemnych doznań. I nie ma nic złego w wyjęciu z lodówki starego dobrego polskiego majonezu – który zapewne chwyciliśmy z wprawą i pewnością doświadczonego kierowcy wózków sklepowych na ostatnich zakupach – i okraszenia nim kapuścianych placków. Ale jednak… to nie to samo. Oczywiście, japoński majonez dostaniemy w praktycznie każdym dobrze wyposażonym sklepie z żywnością azjatycką. Kiedy już naszym oczom ukaże się charakterystyczna jasna butelka z bobasem machającym do nas przykrótkimi rączkami i patrzącym gdzieś w dół, przystajemy i mimowolnie podążamy za jego wzrokiem. I wszystko jasne: chłopczyk-majonez unika wzroku kupujących, bo sam jest lekko przerażony (a na pewno zawstydzony) ceną produktu, który reklamuje. Kręcimy głową z niedowierzeniem, żegnamy się z pracownikam sklepu i czmychamy, zahaczając o spożywczy w celu nabycia tańszego majonezu (jeżeli już nie czeka w naszej lodówce).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ja również będąc spłoszona ceną, zaczęłam badać, z czego składa się japoński majonez. Otóż jedyne różnice w porównaniu z „tradycyjnym” to ocet ryżowy i glutaminian sodu. No właśnie, glutaminian sodu. Być może słyszeliście różne plotki, ale nie martwcie się, jest zupełnie zdrowy i coś takiego, jak „syndrom chińskiej restauracji” nie istnieje. Jeżeli mi nie wierzycie, to możecie sięgnąć po książkę Michaela Bootha „Sushi i cała reszta”. Albo skoczyć na stronę Umami Information Centre. Problem nie polega na domniemanych skutkach ubocznych jego spożycia, ale na jego dostępności. Z pewnością uda Wam się jakoś do niego dotrzeć. Uznałam jednak, że lepiej zastąpić go proszkiem dashi, który, jakby nie patrzeć, też jest przecież napakowany umami, a jest również znacznie łatwiej dostępny. Jeżeli jednak staniecie się posiadaczami glutaminianu sodu, prawdopodobnie będziecie musieli pokombinować z ilością, jaka powinna znaleźć się w majonezie. Koniecznie napiszcie mi, do jakich wniosków doszliście!

A teraz – do przepisu!

(więcej…)

22 lutego 2015 Podstawy Szybkie

Dip Wagamama

Wagamama. Słowo wieloznaczne. Ma wydźwięk raczej negatywny, używamy go, gdy chcemy nazwać kogoś samolubnym. Na rozpuszczone bachory mówi się, że są wagamama. Ale równie dobrze można użyć tego przyjemnie rytmicznego słowa, aby nazwać kogoś rozrabiaką i uparciuchem, ale raczej w pozytywnym, żartobliwym znaczeniu. I tak tłumaczy swoją nazwęWagamama noodle bar. Osobiście (jeszcze) tam nie byłam, ale już jakiś czas temu dopadłam ich książkę kucharską w TK Maxxie. A tam, oprócz mnóstwa fajnych, inspirujących przepisów – zdjęcia cieszące oko. I nie chodzi mi tu o ujęcia smakowitych dań z kuchni japońskiej lub nią inspirowanych, ale o te z wnętrza restauracji. Kelnerka uchwycona w ruchu, dzieci przyłapane na wyjadaniu makaronu swoimi nieporadnymi jeszcze rączkami, młody kelner, z uśmiechem tak naturalnym i pięknym, że sama uśmiecham się lekko pod nosem…. Ta książka staje się przez te zdjęcia jakby troszkę żywa. Inna sprawa, że dla mnie każda książka jest w jakimś stopniu żywa – no, prawie każda, bo na przykład takie książki jak 50 twarzy Grey’a są z pewnością tej duszy pozbawione. I tu właśnie zbliżam się do puenty. Ostatnio siedziałam sobie i czytałam Portret artysty z czasów młodości Joyce’a. Książka cudowna, ale nie mogłam się pozbyć tego nieprzyjemnego uczucia, że muszę to przeczytać jak najszybciej, bo to lektura na studiach, a po niej muszę przeczytać jeszcze jedną, i jeszcze jedną… I ta presja powoduje, że przyjemności z czytania jakby mniej. Gdzieś jest, czasami nawet pewniej wygrzebuje się spod cielska ciężkiej presji, ale nie daje do końca rady się uwolnić. Książka podryguje, mamrocze, ale nic poza tym, nie porywa do końca, nie odcina od rzeczywistości, tak, jak powinna. Jakie to smutne, że człowiek czyta taką dobrą książkę, a nie może jej do końca docenić! Nie mówiąc już o tym, że okropnie chciałabym przczytać wresczie jakąś powieść w moim ojczystym języku…

I tu kończę swoją książkową tyradę i przechodzę do przepisu. Z bogatego zasobu przepisów z książki kucharskiej Wagamama wybrałam ten oto dip. Można zrobić go w każdej chwili, zwłaszcza, jeżeli jesteście osobami, które zawsze mają poniższe składniki w domu (tak, ja do nich należę). I pasuje absolutnie do wszystkiego. Do sałatki, do mięsa, do ryby, do prostego ryżu, do grillowanych warzyw… Jest cudownie uniwersalny i cudownie szybki w przyrządzeniu. Myślę, że przyda się każdemu, czy to w ciągu zapracowanego tygodnia, jako szybki sos do obiadu, czy podczas leniwego weekendu, kiedy nikomu nie chce się gotować skomplikowanych potraw.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

(więcej…)

17 lutego 2015 Podstawy Ramen

Soda pieczona

Myślami jestem w krainie ramenu. Wymyślam smaki, kombinacje, proporcje składników. Smakuje je. Dobieram dodatki. Ach, ale nie można zapomnieć o makaronie! Czymże jest ramen bez makaronu? I chociaż można oszukiwać się marnymi zastępnikami kupionymi w sklepie, to czy nie lepiej jednak zrobić taki makaron samemu? Sprawić, że ramen jest od początku nasz i tylko nasz, z góry do dołu, od bulionu do makaronu?

Jak podałam w tym przepisie, można użyć do wyrobu makaronu ramen zwykłej sody oczyszczonej. Ale wystarczy wrzucić tę oto sodę do piekarnika na godzinkę i dzięki odpowiednim procesom chemicznym powstaje coś zbliżonego do kansui, cudownej wody, która nadaje sprężystość ciastu. I chociaż w niektórych sklepach w Internecie można kansui znaleźć, ja osobiście wolę wydać niecałą złotówkę na opakowanie sody, aniżeli blisko trzydiześci złotych na butleczkę kansui. Zwłaszcza, że jeżeli pieczoną sodę zamkniemy w szczelnym opakowaniu, stanie się ona nieśmiertelna i będzie nam służyć do końca swoich (lub naszych, zależy od tego, jak często wyrabiamy makaron) dni.

I tym optymistycznym akcentem zapraszam do przepisu!

(więcej…)

6 stycznia 2015 Japonia Podstawy Wege

Konbu dashi

Co mają zrobić wegetarianie albo weganie, którzy z chęcią łyknęliby sobie cieplutkiej misoshiru albo innej japońskiej zupy na bazie dashi? Oczywiście, przyrządzić bulion w 100% wegański! I jeszcze się sam robi! Nasz wkład będzie polegał na przetarciu konbu wilgotną szmatką, wsadzenia go do naczynia i zalania wodą. I tyle. My pójdziemy sobie spać, a woda w pojemniku będzie powoli wysysać wszystko, co najlepsze z naszego zielonego cuda. A następnego dnia – mamy gotowy bulion dashi i możemy zrobić sobie pyszną, pożywną i zdrową zupę miso. Mniam!

Jest to też świetna opcja dla osób niestroniących od ryb – mamy już połowę tradycjnego bulionu dashi, wystarczy dodać więc płatki katsuobushi i gotowe!

A płat konbu możemy wykorzystać do zrobienia głębszego w smaku niban dashi (<– przepis znajdziemy na samym dole strony), który także możemy wykorzystać do zup!

A jak teraz takie mrozy szaleją, to zawsze warto się rozgrzać 😉

(więcej…)

15 listopada 2014 Japonia Podstawy Wege

Sushi-meshi, czyli ryż do sushi

Każdy wie, w jakimś tam stopniu, co to jest sushi. Wiele osób w którymś momencie swojego życia chciało (lub zostałao zmuszonych) tej potrawy spróbować. Z reguły było to „polskie” sushi – wersja na bogato, wypchana dodatkami, serkami, sosikami i posypkami, aby było pięknie i nęcąco. No i żeby w jakimś stopniu ukryć smak, bądźmy szczerzy, nieświeżej ryby. Niektórzy z nas byli na tyle szczęśliwi, aby sprobować sushi w lokalu, gdzie robi się je dobrze i z szacunkiem. Jeszcze więksi szczęśliwscy skosztowali tej potrawy w Japonii. Na przykład rankiem, na targu rybnym Tsukiji, kilka momentów przed falą turystów i fanatyków sushi, którzy zwalają się tam codziennie tabunami, tworząc przerażające kolejki do sushi barów. Gwar rozmów przy barze, szybkie, precyzyjne ruchy milczącego szefa, ciekawskie zerknięcia jego ucznia na dwie młode białe kobiety, które niecierpliwie wpatrują się w ręce mistrza, delikatnie acz stanowczo kształtującego biały wzgórek nigiri, na który zostanie położony idealnie przycięty kawałek świeżej ryby, wreszcie pierwszy kęs – cudowne, wspaniałe, orgastyczne (i niestety drogie) przeżycie. Sushi w Polsce już nigdy nie jest takie samo, kiedy jadło się je w Japonii.

Nie wiem jak Wy, Drodzy Czytelnicy, ale kiedy ja oglądałam Jiro śni o sushi byłam głęboko poruszona. Nie tylko pięknem ruchów Jiro, prostotą jego sushi czy muzyką, ale też ogromnym szacunkiem, jakim obdarza się tę sztukę. Bo jest to jak najbardziej sztuka, w której nikt chyba nie jest w stanie osiągnąć mistrzowstwa. Chociaż Jiro bardzo blisko do ideału. Poświęcił doskonaleniu swojego mistrzostwa całe życie. Dosłownie. Jeżeli zamierzasz zostać mistrzem sushi, to decyzja na całe życie. Nauka trwa latami. Przez pierwsze kilka lat uczeń nie ma prawa zbliżyć się do ryby, podstawowego przecież składnika tej potrawy. Uczy się innych, niby błahych rzeczy, ale też szacunku, cierpliwości i pokory.

 

Nie chcę Was już dłużej zanudzać 🙂 Powiem jeszcze tylko, że z zaprawą do ryżu do sushi, sushi-meshi (zwanym także shari) jest tak, że trzeba go sobie „dosmaczyć” wedle własnego uznania. Podałam Wam moją wersję, ale zapraszam do jej modyfkowania 🙂 (więcej…)