20 marca 2016 Bento Ramen Wege

Shiitake wielozadaniowe

Robię się coraz lepsza w bento. I to nie byle jakich – zdrowych, pełnowartościowych i całkowicie wegańskich bento. Mój repertuar dań nadających się do pudełka powiększa się, a ja nabieram wprawy i pewności. Na razie kroczę powoli i uważnie, udoskonalam swój warsztat, ale póki co – mogę dostarczyć Wam przepis na jeden z moich obecnych faworytów, czyli gotowane shiitake. Woda użyta do namaczania grzybów pełna umami, sos sojowy, mirin, sake, troszkę cukru i świeży imbir to połączenie idealne. I jakie wszechstronne!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Owo shiitake jest wielozadaniowe, bo możemy dodać je zarówno do bento, jak i do obiadu (świetnie pasuje do ramenu) albo kolacji. Można jeść je na ciepło albo na zimno. Śmiało zróbcie sobie jeden spory rzut takich grzybów, a potem kombinujcie przez cały tydzień – shiitake się nie zepsują, jeśli będziecie trzymać je w lodówce. Nic się też nie zmarnuje – wodę z ich gotowania możecie wykorzystać, dodając ją do, na przykład, zupy, sosu czy wody, w której planujecie ugotować makaron czy ryż. Wybór zależy od Was.

 OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jeśli planujecie zrobić własne bento, to koniecznie przeczytajcie krótki wstęp o jego tworzeniu – znajdziecie tu też zasady bezpieczeństwa i higieny, o których nie można zapomnieć!

(więcej…)

7 grudnia 2015 Japan trip 2015 Ramen Wege

Ramen i trochę o Kyoto

Kyoto to miejsce, gdzie czułam się najbardziej wolna i spokojna. Nie tylko podczas mojego pobytu w Japonii, ale także od dłuższego czasu w ogóle. Kyoto i Osaka były miastami, w których spędziłam najwięcej czasu. O ile Osaka jest głośna, brudna, brzydka i pękająca od nagromadzonej w niej energii, to Kyoto dawało mi poczucie spokoju i swobody. W mieście tym byłam też najbardziej wolna i samotna w pozytywnym tego słowa znaczeniu: nic ani nikt nie kontrolował mojego czasu czy postępowań. Codziennie rano wstawałam w moim malutkim mieszkanku, z maciupką łazienką, całą plastikową i jakby futurystyczną, z maleńką kuchnią i dziwacznie wielkim łóżkiem, które zajmowało prawie cały (jedyny z resztą) pokój. Wychodziłam sobie, przy wejściu z budynku kiwałam głową stróżowi i szłam na stację metra. Codziennie przechodziłam obok śmiesznego przystanku dla tramwaju jadącego do Arashiyamy (o której kiedy indziej) i małej piekarenki przyciągającej zapachem świeżego pieczywa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

P.S. Na końcu wpisu znajdziecie przepis na ramen (w wersji wegańskije wystarczy zamienić płatki katsuo na grzyby shiitake)!

(więcej…)

19 kwietnia 2015 Mięso Ramen Słodkie Wege

StrEAT 2015: subiektywny przewodnik po (kilku) foodtruckach

Kochani, mam teraz trochę szalony okres w życiu. Dużo do zrobienia, mało czasu. Potencjalne zmiany, a nawet przełomy. Także wybaczcie, jeżeli na blogu będzie cicho. Postaram się utrzymać częstotliwość dwóch wpisów na tydzień, ale niczego nie obiecuję. Kochani, proszę Was o cierpliwość.

W piątek uciekłam od rzeczywistości na festiwal foodtrucków StrEAT. Różnorodność jedzenia, zapachy i tłum ludzi oszałamiały. Trochę tym wszystkim onieśmielona i przytłoczona, usiadłam i zaczęłam chłonąć wszystko wzrokiem (oraz węchem, oczywiście). Kiedy zjawiły się moje towarzyszki, dwie cudowne siostry, które zgodziły się uczestniczyć ze mną w tej gastronomicznej rozpuście, wkroczyłyśmy między foodtrucki. Poniższy przewodnik opisuje, gdzie jadłyśmy i czy nam smakowało. Jest to tekst bardzo subiektywny, jak już zresztą wspomniałam w tytule.

Dziękuję Zosi i Basi za cierpliwość, kiedy robiłam zdjęcia jedzeniu i jęczałam im do ucha, żeby coś jeszcze zjeść, oraz za bycie wspaniałymi jedzeniowymi modelkami.

(więcej…)

28 lutego 2015 Japonia Ramen Wege

Ramen z grzybów shiitake

Tydzień temu chwaliłam się, że wreszcie sobie nagotuję różnych rzeczy, ciesząc się chwilą odpoczynku. Nie martwcie się, przepisy są, zdjęcia są, jedzenie było, zostało zjedzone. Ale przez ostatni tydzień, kiedy czym prędzej wracałam do domu i zasiadałam przed komputerem, żeby napisać post, w mojej głowie pojawiała się pustka. Nic nie potrafiłam z siebie wydusić. Nie pomagała muzyka, spacery, przeglądanie książek kucharskich… Nic. Będąc ofiarą typowej blokady artystycznej, chcąc nie chcąc, zaczęłam się zastanawiać nie nad tym, co napisać, ale nad istotą tego, co piszę. O czym powinnam pisać. Powinnam?  Czy to dobre słowo? Budzi raczej nieprzyjemne skojarzenia z przymusem. A ten blog z pewnością nim nie jest.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Myślałam – i wciąż nad tym rozmyślam – o czym chcę tutaj pisać. O jedzeniu? Jasne. O moim życiu? O sobie? O swoich marzeniach, zachciankach, potrzebach? Ach, wątpię, by kogoś te rzeczy interesowały. Nie jestem też osobą wylewną i wątpię, bym potrafiła o takich rzeczach pisać. Miałabym ciągłe poczucie, że się narzucam i męczę kochanych Czytelników. Boże uchowaj. Ale też nie da się ukryć, że jestem zwykłym ludzkim stworzeniem. Że kiedy widzę, jak bohaterowie mojego dzieciństwa, moi dziadkowie, starzeją się coraz szybciej i szybciej, to nie potrafię znaleźć w sobie chwilowo  siły na napisanie czegoś ambitnego. Bo coś tam skręca i kłuje, kiedy oni – ludzie niezwykle wykształceni, którzy objechali cały niemal świat i widzieli wiele, zaczynają rozumieć i wiedzieć o świecie mniej, niż ja, w porównaniu z nimi zasmarkana jeszcze gówniara.

Albo kiedy widzę, jak moja najlepsza, najwspanialsza przyjaciółka, kobieta o złotym sercu, cierpi, a ja nie mogę jej pomóc. Mogę tylko dodać otuchy, przytulić, wysłuchać. Ale, koniec końców, pozostawiam ją samą ze swoim smutkiem. Albo kiedy tato ma anginę i jedyne, co mogę robić, to zalewać wrzątkiem kolejne saszetki Teraflu, wydzielać lekarstwa i podrzucać nowe opakowania chusteczek higienicznych. Chcę pomóc, ale nie mogę. I chociaż wiem, jak bardzo absurdalne jest moje poczucie, że nic nie robię, żeby im pomóc, to nie jestem w stanie tego smutku i frustracji powstrzymać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Może dlatego – między innymi – gotuję. Bo wiem, na przykład, że moja siostra ucieszy się, kiedy upiekę jej ulubione ciasto marchewkowe albo buraczane. Kiedy byłam jeszcze dzieckiem i mieszkałam tylko z tatą, nauczyłam się gotować. Sama, metodą prób i błędów. Bo chciałam gotować obiady. Nie dla siebie, nie umiem gotować dla siebie. Ale dla taty, żeby po pracy przyszedł do domu, gdzie czeka ciepły obiad. Dotychczas żywiłam się mrożonkami lub rzeczami nie-obiadowymi, na przykład zjadałam miskę płatków z mlekiem. Trudno nazwać to pełnowartościowym posiłkiem. Ale kiedy odkryłam perwersyjną niemal radość gotowania dla innych, tworzenia gotowego dania z poszczególnych składników, odsunęłam w cień te wszystkie świństwa, które jadłam, by zaspokoić głód. I tylko głód.  I może dlatego gotuję: dla tego uśmiechu i „pycha”, które słyszę od innych, kiedy im coś upichcę. Drodzy Czytelnicy, wygląda na to, że jestem bardzo samolubną osobą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I tak oto się okropnie rozpisałam, ale w sumie nie udało mi się odpowiedzieć na pytanie, które zadałam sobie na początku: o czym chcę pisać? Cóż, na pewno o jedzeniu, a co do reszty, to się zobaczy…

 

Co do samego dania:  bulion jest zupełnie wegański, ale to nie znaczy, że nie możemy zrobić sobie z niego ramenu nie-wegańskiego i dodać – jak ja – jajka czy mięsa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

(więcej…)

17 lutego 2015 Podstawy Ramen

Soda pieczona

Myślami jestem w krainie ramenu. Wymyślam smaki, kombinacje, proporcje składników. Smakuje je. Dobieram dodatki. Ach, ale nie można zapomnieć o makaronie! Czymże jest ramen bez makaronu? I chociaż można oszukiwać się marnymi zastępnikami kupionymi w sklepie, to czy nie lepiej jednak zrobić taki makaron samemu? Sprawić, że ramen jest od początku nasz i tylko nasz, z góry do dołu, od bulionu do makaronu?

Jak podałam w tym przepisie, można użyć do wyrobu makaronu ramen zwykłej sody oczyszczonej. Ale wystarczy wrzucić tę oto sodę do piekarnika na godzinkę i dzięki odpowiednim procesom chemicznym powstaje coś zbliżonego do kansui, cudownej wody, która nadaje sprężystość ciastu. I chociaż w niektórych sklepach w Internecie można kansui znaleźć, ja osobiście wolę wydać niecałą złotówkę na opakowanie sody, aniżeli blisko trzydiześci złotych na butleczkę kansui. Zwłaszcza, że jeżeli pieczoną sodę zamkniemy w szczelnym opakowaniu, stanie się ona nieśmiertelna i będzie nam służyć do końca swoich (lub naszych, zależy od tego, jak często wyrabiamy makaron) dni.

I tym optymistycznym akcentem zapraszam do przepisu!

(więcej…)

7 grudnia 2014 Japonia Mięso Ramen

Curry ramen

Od dłuższego czasu chodziło mi po głowie japońskie curry, kare raisu. Chciałam nawet je zrobić w tym właśnie tygodniu. Wszystkie składniki miałam przygotowane, przepis napisany ( chociaż wciąż pewnie wymagający paru poprawek). Ale nagle doznałam olśnienia: a może zrobić ramen o smaku curry?

Jak być może zdążyliście zauważyć, jestem fanką ramenu. Długo się więc nie zastanawiałam.

Przystąpiłam do jego pichcenia. Ten weekend był jednak takim polsko-japońskim kuchennym miszmaszem i oprócz zupy, musiałam zająć się także wstępnym przygotowaniem potraw świątecznych. Kiedy w garnku powoli gotował się bulion, ja kwasiłam barszcz i robiłam farsz na uszka. Było też rodzinnie: gadanie o świętach, jakie potrawy, jakie ozdoby, co i jak, kiedy, w jakiej ilości…  Ech, ten weekend upłynął stanowczo zbyt szybko.

Ale, ale! Trochę o potrawie:

Japońskie curry to dosyć osobliwe danie ( jak z resztą wiele rzeczy pochodzących z tamtego kraju 🙂 ). Niby curry, ale kolor nie ten, i dodatki nie takie, i smak jakby trochę inny. To taka domowa potrawa, kojarząca się z maminą kuchnią i dzieciństwem. W Japonii wszyscy ją kochają. A ponoć trzydniowe, kiedy się przegryzie, jest najlepsze. Japońskie curry jest w sumie proste: mięso i warzywa ( z reguły ziemniaki, cebula, marchew) gotują się w wodzie, do której dodana została taka jakby zasmażka, domowej roboty lub – w większości przypadków – w kostkach (czyli curry roux).

Kare raisu(czyli ryż z japońskim curry) jadłam raz, w małej knajpce w okolicach Kabuki-cho. Bardzo mi posmakowało, zapamiętałam ten specyficzny, ale przyjemny smak. I dokładnie w ten piątek sobie pomyślałam, co by było, gdybym połączyła go z ramenem?

Otóż wyszło coś pysznego. Smak curry został podkręcony aromatycznym bulionem i przyprawami. Tłuściutka, ociekająca umami płyn wsiąkał w makaron. Słodko-gorzki smak selera i słodycz kurczaka przełamywały ostrość zupy. A całość dopełniała świeża dymka.

Jednym słowem: mniam.

curry ramen - kostki curry

Zapraszam do czytania (i gotowania 😉 )!

(więcej…)

28 września 2014 Japonia Ramen Wege

Wege miso rāmen

W odległym Sapporo, stolicy najzimniejszego rejonu Japonii, powstał ramen mogący zaspokoić pragnienia każdego wygłodniałego i zziębniętego człowieka: miso ramen. Sycący i rozgrzewający gęsty, mętny rosół napakowany jest umami, co zawdzięcza przede wszystkim paście miso – w wersji oryginalnej – kilkunastogodzinnemu bulionowi z kości wieprzowych. Ale, ale – zatrzymajmy się na chwilę przy miso.

Nie będę zbytnio przesadzać twierdząc, że pasta miso (i szeroki wachlarz jej rodzajów) jest jednym z fundamentów japońskiej kuchni. Jest jak masło dla Francuzów. Służy jako baza do zup, sosów, zapraw, glazur… Jednym słowem: jest uniwersalna. Jest także zdrowa, ale przede wszystkim to niemalże koncetrat piątego smaku umami. Niech żyje miso!

Tworząc ramen wegański chciałam pokazać, że nie musi być to – wbrew powszechnej opinii – danie mięsne. Ramen może być wegański. I może być równie pyszny i intensywny. Na swoim profilu na facebooku zamieściłam link do artykułu (po angielsku) o tradycji wege ramenów – zachęcam do zaglądnięcia 🙂

Tradycyjny miso ramen je się z masłem, płatami mięsa i jajkiem, które oczywiście wyeliminowałam. Ale dodaje się tam również kukurydzę cukrową, dymkę oraz inne warzywa, kiełki, grzyby, glony czy przyprawy. Jedynym ograniczeniem jest Nasza wyobraźnia (i, niestety, dostępność produków na polskim rynku…)! Wszystko podkręciłam opiekanym porem i smażonym tofu – może być zwykłe, ale naprawdę warto użyć wędzonego 😉 Bulion warzywny zabiera wprawdzie trochę czasu, ale dzięki temu wyciskamy z warzyw każdą drobinkę pyszności.

A teraz – zapraszam do gotowania! 🙂

(więcej…)

10 września 2014 Japonia Mięso Ramen

Ramen burger

W 2011 zagorzały miłośnik ramenu nudził się. Żyjąc w Nowym Jorku, mieście, gdzie bez problemu dostaniemy genialny ramen, a tym bardziej porządnego, tłustego burgera, Keizo Shimamoto wpadł na genialny pomysł – połączył makaron z jajkiem i stworzył okrągłe placki. Między nie wsadził wołowinę i warzywa i voila – narodził się ramen burger. W Polsce – na razie – taki burger można zjeść tylko w Poznaniu i, zdaje się, w Krakowie. Ale zawsze można go przecież zrobić w domu, bo jest śmiesznie łatwy!

Owe „ramenowe bułki” można stworzyć z gotowego makaronu z zupki błyskawicznej. Ale gwarantuję Wam, że kiedy użyjemy własnoręcznie zrobionego ramenu (a przecież przepis macie 😉 ) całość będzie nie tylko pyszna, ale też cudownie zachwycająca.

Co ciekawe, ramen burger nie jest już taką ciekawostką, jak kiedyś. Kucharze i blogerzy na całym świecie prześcigają się, aby znaleźć nowe zastosowanie dla makaronu z zupki błyskawicznej. Przestaje być pewnego rodzaju sztandarowym daniem dla biednego studenta. Ramen – zarówno zupa, jak i makaron – kojarzony kiedyś z sycącym, ale tanim posiłkiem dla japońskiej siły robotniczej, wchodzi na salony. Te restauracyjne, i te blogerskie. Z moich doświadczeń wynika, że im tłuściej, tym lepiej. Cóż,o gustach się nie dyskutuje… A Wy z jakimi pomysłami na ramen się zetknęliście? (więcej…)

25 sierpnia 2014 Japonia Mięso Ramen

Shōyu rāmen

Przedstawiam Wam rāmen prawdziwy (na domowe oraz polskie możliwości) – cudownie intensywny, nieprzyzwoicie sycący, wstrzykujący Nam z każdym tłustym siorbnięciem dawkę umami. Shōyu rāmen, powstały na bazie sosu sojowego (osobiście mój ulubiony) pochodzi z Tokyo i jego okolic. Tradycyjnie bulion robi się na kościach wieprzowych, ale ponieważ bulion drobiowy jest lżejszy, a kurczak tańszy oraz łatwiej dostępny, zdecydowałam się go tutaj użyć. Ważne jest, aby konsupcje zacząć natychmiast i od spożycia makaronu – ten szybko wchłania zupę i rozmaka. Tak powinno się jeść rāmen – najpierw wciągamy makaron, parząc sobie usta, potem dodatki, a na końcu wypijamy zupę, wypełniając brzuch gorącym wciąż płynem. A potem odpływamy z przyjemnego przejedzenia i doznań smakowych.

Jak pisałam tutaj, rāmen to sprawa całodniowa – niektóre przepisy wymagają gotowania bulionu nawet przez kilkanaście godzin. Ale wierzcie mi, kiedy już zaczniecie zasysać makaron z parzącego rosołu, Wasze ciało zaatakują endorfiny i tłuściutkie, słodko-słone umami. No i satysfakcja, że daliśmy radę i byliśmy cierpliwi.

Ewentulane resztki warto zamrozić. A co zrobić z górą mięsa i warzyw użytych do zrobienia bulionu? Spokojnie, niedługo się dowiecie!

I pytanie do Was, Drodzy Czytelnicy – jaki rāmen oraz dodatki lubicie najbardziej? 🙂

(więcej…)

21 sierpnia 2014 Japonia Podstawy Ramen Wege

Makaron rāmen

Słyszeliście kiedyś o kansui? Uważany kiedyś za magiczną wodę, ta mieszanka soli zawdzięcza nazwę jezioru w Mongolii. W dawnych czasach ludzie zachwycali się nad jego wodami, które sprawiały, że ciasto stawało się pyszniejsze i bardziej sprężyste. Dzisiaj już wiemy, że specjalne właściwości jezioro zawdzięczało konkretnemu składowi chemicznemu. Poznawszy (pobieżnie) tło historyczne kansui, możecie się zapytać „co ma do tego rāmen?”. Ach, wszystko.  To dzięki temu roztworowi makaron rāmen zawdzięcza swój kolor, fakturę, smak, sprężystość.

Ale co mamy zrobić My, Polacy? Cóż począć? Sięgamy po sodę oczyszczoną!

Harold McGee, badający naukową stronę gotowania odkrył, że poprzez pieczenie sody, zmienia ona skład chemiczny na bardzo podobny do kansui. Wystarczy rozprowadzić sodę na blaszy wyściełanej folią aluminiową 130-150 stopniach przez godzinę. Takiej sody nie należy dotykać gołymi rękami! (cały artykuł tutaj).

Możemy także użyć normalnej sody – makaron też będzie smaczny, ale nie tak sprężysty i żółty.

P.S. Makaron jest wegański 😉

(więcej…)