15 października 2017 Do poczytania Recenzje

Degustacja menu festiwalowego w ART Restauracja i Kawiarnia

W tym tygodniu udałam się z R. do restauracji hotelu Art – Art Restauracja i Kawiarnia na degustację menu, którego będzie można spróbować w nadchodzącej edycji festiwalu Restaurant Week.

Chociaż mam znajomych, którzy w Arcie śpią i stołują się regularnie, to ja byłam w nim tylko raz i to dawno temu. Bardziej niż atmosferę czy jedzenie pamiętam zamieszanie wynikające z okazji – zebrania całej naszej ośmioosobowej rodziny oraz starych przyjaciół rodziny z Londynu. Całą uwagę mojego kilkunastoletniego umysłu zabierało płynne przechodzenie z polskiego w angielski i na odwrót.

Ale Art. Art nie uderza atmosferą hotelowej restauracji, tą charakterystyczną otwartą przestrzenią, mającą pomieścić jak najwięcej osób. Tutaj przestrzeń jest elegancka, ale jednocześnie intymna i przytulna, zwłaszcza jeśli przejdziemy dalej, do małej sali z przeszkloną ścianą i dużą ilością świeżej zieleni.

Obsługa zna się na swoim fachu – uprzejma i pomocna, ale jednocześnie dyskretna i nienachalna. Nasz kelner upewniał się z dali, czy można zabrać już talerze lub czy w ogóle może nam przeszkodzić – jeśli widział, że jesteśmy w trakcie spożywania dania lub dyskutujemy o czymś, po cichu znikał i wracał, kiedy był na to odpowiedni moment. Taka powinna być obsługa kelnerska.

Jako amuse bouche otrzymałyśmy jabłkowy „hummus”. Ciekawe, chociaż trochę mdłe i jakby niedokreślone.

Ale za to przystawki! Przystawki były wspaniałe. Nie tylko pięknie wyglądały, ale także wspaniale smakowały. Menu rybne rozpoczynała rozgrzewająca zupa z dyni z imbirem i pomarańczą, które nie tylko łączyły się w talerzu w piękny gładki krem o intensywnie pomarańczowej barwie, ale również w słodko-kwaśno-ostrą dawkę smakowych endorfin. Jeśli doznania okazały się zbyt duże, można było dla przełamania smaku zgarnąć na łyżkę trochę delikatnej piany z kokosa lub uszczknąć idealnie ugotowanej krewetki.

Drugie menu zaczynało się od pikantnego kremu z pasternaku, który rozgrzewał zbalansowanymi nutami ostrości i goryczy, a mimo swej niesamowitej kremowości nie był za tłusty.

Dania główne również bardzo nam smakowały. W menu rybnym na talerzu znalazły się policzki sandacze, wilgotne i zwarte, a pomimo smażenia wcale nie tłuste. Ryba okraszona była warzywami i sosem, który chociaż był bardzo intensywny sam w sobie, to stanowił wspaniałe połączenie z cukinią. Menu mięsne to pierś perliczki, która była mięciutka i soczysta, do tego kwaskowaty sos, który świetnie współgrał z gorzkawą słodyczą puree z dyni.

Szczerze mówiąc, po tak wspaniałych przystawkach i daniach głównych, oba desery wypadły blado. Były smaczne, chociaż dla niektórych mogły się wydawać zbyt słodkie. Ich wielkość była idealna po tak obfitych daniach. Ale pomimo smaku i odpowiedniej wielkości, nie współgrały tak dobrze z całością posiłku, jak dwa poprzednie dania ze sobą (a nawet z amuse bouche).

Podsumowując, jestem z wizyty bardzo zadowolona – jedzenie było pyszne, wszystko, oprócz deseru, ze sobą współgrało. Profesjonalizm obsługi jeszcze bardziej zwiększał satysfakcję z kolacji, a przytulna atmosfera sprawiała, że czułyśmy się spokojnie i mogłyśmy skupić się w pełni na posiłku oraz rozmowie. Przekazałam swoje uwagi obsłudze, więc mam nadzieję, że podczas festiwalu będzie jeszcze pyszniej. A ja Was bardzo zapraszam, bo tak właśnie powinno wyglądać udane doświadczenie restauracyjne – z intymną atmosferą, dyskretną obsługą i pysznym, przemyślanym jedzeniem.

Smacznego!