14 czerwca 2015 Bento Japonia Szybkie Wege

Yasai yakitori

Hej… Dzień dobry, to ja, Marysia… Pamiętacie mnie jeszcze? Ha, ha, haha… Znowu cisza na blogu, za którą okropnie przepraszam. Zaliczenia, egzaminy, praca i inne sprawy już dawno mnie powaliły na ziemię, ale co rusz dają mi jeszcze celnego kopniaka. Ale spokojnie, jeszcze tylko dwa tygodnie. Potem idę spać na cały dzień, następnie budzę się i ruszam do kuchni gotować, pichcić i przetwarzać (spiżarkowe zapasy dżemów i innych przetworów są już niebezpiecznie małe).

Póki co, ostatni przepis z potraw, które zagościły na maratonie filmów japońskich: yasai yakitori, czyli szaszłyczki z warzywami. Można podawać je z sosem lub jeść też same. I możecie się nimi rozkoszować na przykład na grill party.

Przechodzę teraz do przepisu i lecę walczyć dalej!

(więcej…)

7 maja 2015 Podstawy Słodkie Szybkie Wege

Pasta z czarnego sezamu

Pamiętacie, jak skarżyłam się, że mam teraz szalony czas w moim życiu? Coż, dalej go mam. Dlatego przepraszam, za tę ciszę na blogu. Jedną z tych szalonych rzeczy, które mi się teraz przytrafiają, było zapewnienie cateringu na maraton filmów japońskich zorganizowany przez Dyskusyjny Klub Filmowy Politechniki Wrocławskiej. Ja, kuchnia i jedzenie dla 200 osób. Gdyby nie koleżanki, które mi pomagały, wszystko szlag by trafił, a ja popełniłabym rytualne seppuku w przerwie między filmami. Nie byłoby jedzenia, to bym przynajmniej zapewniła jakąś rozrywkę. Ale uff-puff, wszystko wyszło. A nawet powiem więcej – smakowało! Nawet nie macie pojęcia, jak się strasznie z tego faktu cieszę. Ponieważ ludzie pytali się czy przepisy jedzenia, które serwowałam (więcej szczegółów tutaj) są na blogu, postanowiłam takowe jak najszybciej zrobić. Z tym „jak najszybciej” troszkę nie wyszło, ale wierzcie mi, robię, co mogę. Jako pierwsza leci pasta z czarnego sezamu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szczerze mówiąc, kiedy zobaczyłam w Tokio ludzi pałaszujących granitowe w barwie lody, miałam raczej mieszane uczucia. Kiedy jeszcze dowiedziałam się, że kolor zawdzięczają czarnemu sezamowi, byłam jeszcze bardziej sceptyczna. Czarne to to takie, no i ten sezam. Sezam w lodach? Kręciłam nosem.

Ale wtedy spróbowałam tejże pasty.

I zrozumiałam, o co tyle krzyku. Słodycz miodu przełamana jest wytrawnym smakiem gorzkawego prażonego czarnego sezamu. Owszem, wygląda jak muł rzeczny, ale niech nie zmyli Was jej wygląd. Ona jest po prostu pyszna. Chociaż radzę pożuć gumę po jej spożyciu, bo kawałeczki ziaren mogą przykleić się do zębów…

I och ach, westchnęłam, kiedy spróbowałam zaimprowizoanych lodów sezamowych! Znalezione w zamrażalniku lody pomieszałam z lekko rozwodnioną pastą i voila! Można dodać ją także do sernika czy do puddingu… A może spróbować pomoczyć w paście pocky albo ciasteczka z herbatą matcha? A może dodać do dania wytrawnego? Do makaronu soba? Do zupy? Tu ogranicza Was tylko wyobraźnia! Na dole przepisu macie jeszcze jeden pomysł na jej wykorzystanie: krakersiki z pastą z czarnego sezamu z listkiem kolendry, które cieszyły się dużym powodzeniem na maratonie filmów japońskich w ten poniedziałek (troszkę zdjęć z imprezy znajdzecie tutaj).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A teraz zapraszam do przepisu. Ja tymczasem uciekam dalej zmagać się z rzeczywistością.

(więcej…)

2 kwietnia 2015 Japonia Szybkie Wege

Yakiudon z wędzonym tofu

Kochani, czy Wy również cenicie potrawy zawierające makaron? Ja jestem jego absolutną fanką. I chociaż z wielką przyjemnością zjem włoską pastę – jak na przykład cudownie proste, ale jednocześnie cholernie trudne caccio e pepe – to nic nie przebije rożnorodności, uniwersalności, no i oczywiście smaku makaronów azjatyckich. Nie mam na myśli tylko takich pochodzących z Japonii, ale z całej przebogatej Azji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jeżeli obserwujecie mojego Instagrama, być może zauważyliście, że najchętniej sięgam po makarony sojowe, ryżowe, czy właśnie japońskie, kiedy muszę szybko zrobić obiad. I chociaż uwielbiam makaron ryżowy i sojowy, bo pasują po prostu do wszystkiego i są cudownie szybkie w gotowaniu, to soba, udon i ramen stoją na szczycie mojej makaronowej listy.

A jeżeli ktoś coś tam wie o kuchni japońskiej, to dla niego równanie jest proste: stir fry i udon dają yakiudon, czyli smażony (yaki) makaron udon. Jeden z moich comfort food, yakiudon ma w sobie coś co sprawia, że chcemy zakryć patelnię (lub woka) swoim ciałem i warczeć na każdego, kto odważy się podejść. Nie tylko w naszych kubkach smakowych, ale w całym ciele powstaje okrutna ochota spałaszowania całej patelni tej potrawy. Z pewnością ma na to wpływ grubiutki makaron, który chętnie oblepia się innymi pysznościami: proszkiem dashi, sosem sojowym i pieprzem sansho. Z łatwością też pozwala przeniknąć aromatowi wędzonego tofu do swojego mięsistego wnętrza. Marchewka przełamuje wszystko swoją słodyczą i chrupiącą, stanowczą fakturą. A szalotka? Wiadomo, jak to mówi Anthony Bourdain w Kill Grill: szalotka sprawia, że wszystko jest pyszniejsze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale wiecie, co jest najlepsze w yakiudonie? Że można wsadzić do niego absolutnie wszystko. WSZYSTKO. Tofu, warzywa, mięso, ser, grzyby, mochi… Co tylko sobie wymarzycie. Oczywiście, nie twierdzę, że wszystko będzie pyszne… Ale uniwersalność tej potrawy sprawia, że jest idealnym szybkim lunchem do przyrządzenia w ciagu tygodnia. Sprawdzi się też świetnie jako obiad na leniwą sobotę albo niedzielę, kiedy wolimy po prostu nic nie robić, albo robić bardzo mało. Rach-ciach, kilka minut na dużym ogniu i parujący, pyszny posiłek gotowy. Dlatego warto zawsze mieć w pogotowiu paczkę lub dwie udonu – łączymy go z tym, co mamy w domu i voila, nie trzeba wychodzić do sklepu po składniki. Ani przebierać się z naszego ulubionego, wygodnego dresu. Cudownie, prawda?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

W sumie to moglibyście mnie zapytać, kochani, co tak nieświątecznie? W końcu idzie Wielkanoc!  Niezamykająca się lodówka, zapchane półki spiżarki, wędliny, jaja, sosy, mazurki, serniki… A ja tu bezwstydnie wyskakuję z takim skromnym, szybkim makaronem, niewymagającym wysiłku i preparacji (no, trzeba obrać i pociąć marchewkę…). Cóż, świątecznie nie będzie, między innymi dla tego, że Japończycy do Wielkanocy się zbytnio nie palą, w przeciwieństwie do Bożego Narodzenia. Ale jednak, żeby było chociaż troszkę odświętnie, to mam przepisy na mazurki: czekoladowy, orzechowy i pomarańczowo-migdałowy. Możecie też spróbować upiec chałkę jabłkowo-miodową z kruszonką, którą znajdziecie tutaj. Albo, żeby nadać świętom subtelny japoński ton, spróbowa swoich sił w pieczniu kasutery.

Także to by było na tyle, Drodzy Czytelnicy. Postaram się jeszcze wepchnąć jakiś przepis między gotowaniem czegoś a pieczeniem czegoś innego, ale nic nie obiecuję. Jako druga kulinarna koordynatorka świąteczna w tym domu, najpierw muszę upichcić rzeczy świąteczne. Przyjemności później. Ech. Więc jako że nie wiem, czy się jeszcze będę tutaj do poniedziałku odzywać, to chciałabym Wam, Kochani Czytelnicy, życzyć Wesołych Świąt Wielkanocnych!

Już milknę i zapraszam do przepisu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

P.S. Osobiście nie czuję, żeby te moje szybkie obiady były godne opublikowania na blogu, ale jeżeli chcielibyście, żebym zaczęła serię szybkich lunchów, to dajcie znać w komentarzach. Zacznę spisywać przepisy i je dopracowywać, żeby mogły wylądować na blogu.

(więcej…)

29 marca 2015 Bento Japonia Podstawy Szybkie

Japoński majonez

Pamiętacie przepis na okonomiyaki? Polewa się je majonezem, co w połączeniu z sosem okonomi sprawia, że nasze kubki smakowe szaleją od natłoku przyjemnych doznań. I nie ma nic złego w wyjęciu z lodówki starego dobrego polskiego majonezu – który zapewne chwyciliśmy z wprawą i pewnością doświadczonego kierowcy wózków sklepowych na ostatnich zakupach – i okraszenia nim kapuścianych placków. Ale jednak… to nie to samo. Oczywiście, japoński majonez dostaniemy w praktycznie każdym dobrze wyposażonym sklepie z żywnością azjatycką. Kiedy już naszym oczom ukaże się charakterystyczna jasna butelka z bobasem machającym do nas przykrótkimi rączkami i patrzącym gdzieś w dół, przystajemy i mimowolnie podążamy za jego wzrokiem. I wszystko jasne: chłopczyk-majonez unika wzroku kupujących, bo sam jest lekko przerażony (a na pewno zawstydzony) ceną produktu, który reklamuje. Kręcimy głową z niedowierzeniem, żegnamy się z pracownikam sklepu i czmychamy, zahaczając o spożywczy w celu nabycia tańszego majonezu (jeżeli już nie czeka w naszej lodówce).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ja również będąc spłoszona ceną, zaczęłam badać, z czego składa się japoński majonez. Otóż jedyne różnice w porównaniu z „tradycyjnym” to ocet ryżowy i glutaminian sodu. No właśnie, glutaminian sodu. Być może słyszeliście różne plotki, ale nie martwcie się, jest zupełnie zdrowy i coś takiego, jak „syndrom chińskiej restauracji” nie istnieje. Jeżeli mi nie wierzycie, to możecie sięgnąć po książkę Michaela Bootha „Sushi i cała reszta”. Albo skoczyć na stronę Umami Information Centre. Problem nie polega na domniemanych skutkach ubocznych jego spożycia, ale na jego dostępności. Z pewnością uda Wam się jakoś do niego dotrzeć. Uznałam jednak, że lepiej zastąpić go proszkiem dashi, który, jakby nie patrzeć, też jest przecież napakowany umami, a jest również znacznie łatwiej dostępny. Jeżeli jednak staniecie się posiadaczami glutaminianu sodu, prawdopodobnie będziecie musieli pokombinować z ilością, jaka powinna znaleźć się w majonezie. Koniecznie napiszcie mi, do jakich wniosków doszliście!

A teraz – do przepisu!

(więcej…)

13 marca 2015 Bento Japonia Szybkie Wege

Unohana, czyli ciekawostka

Poniższy przepis jest raczej swego rodzaju ciekawostką. Bo jeżeli nie wyrabiacie samodzielnie tofu albo nie znacie takiej osoby, prawdopodobieństwo znalezienia podstawowego składnika, okary, jest znikome. Jednak mnie się poszczęściło i stałam się szczęśliwą posiadaczką dwóch małych słoiczków tejże substancji. Nie pozostało mi nic innego, jak to wykorzystać.

Ein moment! Co to właściwie jest okara?

Okara to ziarnisty osad, powstający podczas wyrobu tofu. Wyglądem przypomina ugotowany kuskus. Jest przebogaty w witaminy, białko i takie tam, więc mądrzy Japończycy, którzy nie lubią marnować jedzenia, wymyślili prostą przekąskę. Ponoć świetnie działa na cerę.

Jedyny mankament jest taki, że w Polskich sklepach nie znajdziemy okary. Być może kiedyś, w dalekiej przyszłości, kiedy ten kraj wreszcie się przekona, że kuchnia japońska jest pyszna i cudowna. I zdrowa!

Także póki co, zostawiam ten przepis tutaj, niech sobie jest, niech sobie trwa. A jak już będziecie w posiadaniu okary, to sobie tutaj zawsze możecie wrócić i ów przepis zrealizować.

 

P.S. Wyjeżdżam na tydzień, także przepisów nie będzie. Ale może skusicie się na esej lub dwa o Japonii?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

(więcej…)

4 marca 2015 Bento Japonia Szybkie

Przepiórcze jajka z pieprzem sansho

Ostatni przepis wymagał przygotowań i czasu, więc tym razem chciałam złożyć hołd prostocie. I tak oto znalazłam w jednej z moich książek kucharskich cudownie prostą przekąskę. Bo cóż jest prostszego od ugotowania jajka, obrania go i posypania pieprzem i solą? I, oczywiście, wrzucenia go sobie zamaszystym gestem do jamy gębowej i przeżucia z satysfakcją. Bo można jeść tak właśnie, łapami, na przykład w piżamie, przy niedzielnym stole, zezując na domowej roboty powidła i świeży chleb, które wybraliśmy sobie na deser do kawy. Albo jako szybkie śniadanie przed pracą, lub drugie śniadanie. Czy to z pudełka, czy to ze skurpulatnie skomponowanego bento. O, na kolację też się świetnie nada. Ten przepis jest tak uwodzicielsko prosty, że pasuje do wszystkiego.

Jeżeli szukacie mniej zdrowej wersji przepiórczych jajek, polecam zerknąć tutaj. Malutkie jajka sadzone mnie urzekły. Ja tak tłusto raczej nie jadam, ale i tak zapraszam.

P.S. Już wiem, gdzie chcę mieszkać: na wyspie Aoshima. To raj kotów. Na jednego człowieka przypada 6 kotów. Coś wspaniałego. Mogłabym opychać się japońskim jedzeniem i przytulać do kotów aż po kres swoich dni. Cudownie.

Dobra, a teraz jajka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

(więcej…)

22 lutego 2015 Podstawy Szybkie

Dip Wagamama

Wagamama. Słowo wieloznaczne. Ma wydźwięk raczej negatywny, używamy go, gdy chcemy nazwać kogoś samolubnym. Na rozpuszczone bachory mówi się, że są wagamama. Ale równie dobrze można użyć tego przyjemnie rytmicznego słowa, aby nazwać kogoś rozrabiaką i uparciuchem, ale raczej w pozytywnym, żartobliwym znaczeniu. I tak tłumaczy swoją nazwęWagamama noodle bar. Osobiście (jeszcze) tam nie byłam, ale już jakiś czas temu dopadłam ich książkę kucharską w TK Maxxie. A tam, oprócz mnóstwa fajnych, inspirujących przepisów – zdjęcia cieszące oko. I nie chodzi mi tu o ujęcia smakowitych dań z kuchni japońskiej lub nią inspirowanych, ale o te z wnętrza restauracji. Kelnerka uchwycona w ruchu, dzieci przyłapane na wyjadaniu makaronu swoimi nieporadnymi jeszcze rączkami, młody kelner, z uśmiechem tak naturalnym i pięknym, że sama uśmiecham się lekko pod nosem…. Ta książka staje się przez te zdjęcia jakby troszkę żywa. Inna sprawa, że dla mnie każda książka jest w jakimś stopniu żywa – no, prawie każda, bo na przykład takie książki jak 50 twarzy Grey’a są z pewnością tej duszy pozbawione. I tu właśnie zbliżam się do puenty. Ostatnio siedziałam sobie i czytałam Portret artysty z czasów młodości Joyce’a. Książka cudowna, ale nie mogłam się pozbyć tego nieprzyjemnego uczucia, że muszę to przeczytać jak najszybciej, bo to lektura na studiach, a po niej muszę przeczytać jeszcze jedną, i jeszcze jedną… I ta presja powoduje, że przyjemności z czytania jakby mniej. Gdzieś jest, czasami nawet pewniej wygrzebuje się spod cielska ciężkiej presji, ale nie daje do końca rady się uwolnić. Książka podryguje, mamrocze, ale nic poza tym, nie porywa do końca, nie odcina od rzeczywistości, tak, jak powinna. Jakie to smutne, że człowiek czyta taką dobrą książkę, a nie może jej do końca docenić! Nie mówiąc już o tym, że okropnie chciałabym przczytać wresczie jakąś powieść w moim ojczystym języku…

I tu kończę swoją książkową tyradę i przechodzę do przepisu. Z bogatego zasobu przepisów z książki kucharskiej Wagamama wybrałam ten oto dip. Można zrobić go w każdej chwili, zwłaszcza, jeżeli jesteście osobami, które zawsze mają poniższe składniki w domu (tak, ja do nich należę). I pasuje absolutnie do wszystkiego. Do sałatki, do mięsa, do ryby, do prostego ryżu, do grillowanych warzyw… Jest cudownie uniwersalny i cudownie szybki w przyrządzeniu. Myślę, że przyda się każdemu, czy to w ciągu zapracowanego tygodnia, jako szybki sos do obiadu, czy podczas leniwego weekendu, kiedy nikomu nie chce się gotować skomplikowanych potraw.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

(więcej…)

30 stycznia 2015 Szybkie Wege

Krem z kukurydzy z miso

Przepraszam wszystkich za długie blogowe milczenie. Mój mózg jest bliski przepchania się przez kanał uszny i popełnienia samobójstwa od przeciążenia. Najciętniej wyłączyłabym go, zawinęła się w kulkę i odcięła od rzeczywistości. Oczywiście, nie jest to możliwe. Trzeba skądś wziąć energię – dużo energii – żeby przetrwać ten okres. Bo tu sesja, tu zima-niezima, tutaj decyzje, tam rodzina… Ale, ach, od czego jest jedzenie! Pyszne, rozgrzejące, napełniające brzuch przyjemnym ciepłem, uprzednio rozpieszczając nasze podniebienie smakiem: prostym, ale pysznym; wielopoziomowym, delikatnym, intensywnym…

Obecnie preżywam dwie fascynacje. Jedną z nich jest ajwar, który zawsze był bliski mojemu sercu, ale ostatnio wciskam go wszędzie, gdzie się da (akurat w tym przepisie go nie ma 😉 ). Od paru dni smaruję nim kanapki i spożywam z kozim serem. Coś pięknego. Druga fascynacja to zupy. Ta fascynacja trwa już dłużej. Zupy zawsze były moim wielkim przyjacielem. Bo można je zrobić ze wszystkiego, bo są pyszne, (stosunkowo) łatwe, zdrowe (noo, powiedzmy…), rozgrzewają i pocieszają. Wpierw chciałam sprezentować Wam, Drodzy Czytelnicy, kolejny ramen po ostatnim curry ramenie, czy paru innych, które znajdziecie tutaj. Miałam już wszystko przemyślone, składniki kupione. Tylko jednej rzeczy brak: czasu. A to jeden z najważniejszych składników przy robieniu tej zupy. Także z żalem odsuwam moją miłość do ramenów na drugą połowę lutego.

Tymczasem, stworzyłam prosty przepis na odrobinę płynnego szczęścia.

Przesadzam? No, może troszkę. Ale wierzcie mi, ta gęsta zupa naprawdę naprawia humor. Słodkość kukurydzy i mleczka kokosowego, pikantność chili, i słodko-słony kopniak umami sosu sojowego i pasty miso. I nie zapomnijmy o lekkiej goryczce sezamu (lub orzechów włoskich) i kwaśności kremu balsamicznego. Mniam!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zapraszam do gotowania! 🙂

(więcej…)

15 stycznia 2015 Japonia Szybkie Wege

Wegański bulion dashi z makaronem udon

 

Trochę nie chcę, żeby ten tydzień się skończył. Po weekendzie rozpocznie się bombardowanie zaliczeniami, bo – jak wiadomo – najlepiej wszystko wsadzić studentom w jeden tydzień. Także siedzę sobie i pocieszam się myślami o jedzeniu. I nad moimi pysznymi zakupami z Delikates Azjatyckich, które odkryłam dzięki znajomej (dzięki raz jeszce, M.!). Mają tam cudowny (jak na polskie warunki) wybór produktów, a ceny nie są (bardzo) rażące 🙂

Ostatnio spędzam także nieprzyzwoicie dużo czasu na internetowym wydaniu jednego z najlepszych magazynów o jedzeniu na świecie, The Lucky Peach. Wreszcie mogę sobie poczytać o ramenach wszelkiej maści i innych pysznościach. Do tej pory tylko spoglądałam smutno na wydania papierowe w Empiku, kosztujące – uwaga – 89.90 zł. Także hura dla internetowej wersji!!!

Z myślą o zapracowanych, ale z pewnością głodnych, Czytelnikach, wymyśliłam ten oto przepis. Zrobienie tej zupy zajmuje 10-15 minut, wliczając w to czas gotowania makaronu. Rozgrzewa, syci, i smakuje – czegóż chcieć więcej? 🙂

Na przepis wpadłam zupełnie przypadkiem, patrząc na limonki w sklepie. Szczerze mówiąc, udon chodził za mną już od dłuższego czasu i chciałam stworzyć z nim jakiś prosty, sycący przepis. Miałam już w domu wegańskie  dashi. I wtedy właśnie popatrzyłam na limonki. I jakoś tak wszystko ułożyło się w mojej głowie: sos sojowy, tamari, limonka… Hmm… Będzie pysznie!

Chyba nie muszę mówić, ale przepis jest w 100 wegański 😉

P.S. Jeżeli nie możecie znaleźć sosu tamari, dodajcie więcej sosu sojowego (to nie będzie, oczywiście, to samo, ale trzeba sobie jakoś radzić w polskich realiach).

(więcej…)

30 grudnia 2014 Japonia Słodkie Szybkie Wege

Matcha latte

I jakby zrobiła się jednak zima. Mróz, ślizgawica i nawet trochę śniegu. Wartoby się więc rozgrzać. I przy okazji pobudzić. Odetchnąć, rozsiąść się z książką. Pić małymi łyczkami cieplutką, słodko-gorzką miksturę mleka i zielonej herbaty matcha. To przecież takie proste.

Jutro koniec roku. Znowu człowiek dokonuje rachunku: co źle, co dobrze… Co się udało, a co skończyło się porażką lub nawet się nie zaczęło. Ja zawsze pastwię się nad sobą, że było tyle rzeczy, których nie zrobiłam. Trochę bez sensu, w końcu ten rok już upłynął, czas leci, możemy tylko iść do przodu. Myślę także o nadchodzącym roku, nieśmiało wyobrażam sobie możliwości, jakie rozpościerają się przed nami. Są nieskończone. Ale zawsze ma się tę świadomość, że czasu jest za mało, że nie jesteśmy w stanie z nich skorzystać, że zawsze na końcu, w kolejny Sylwester, też poczujemy gorycz czegoś na kształt porażki, że nie podołaliśmy, że coś się nam wymknęło, że coś przepadło, coś skończyło…

Drodzy Czytelnicy, chciałam Wam życzyć wszystkiego najlepszego w tym roku, żebyście zawsze znaleźli czas dla siebie, swoich bliskich i swoich pasji. Aby tych wykorzystanych możliwości było jak najwięcej i abyście za rok mogli ze spokojem i satysfakcją pożegnać stary i przywitać nowy rok.

Szczęśliwego Nowego Roku!

 

Warto zaopatrzyć się w torebeczkę herbaty i znaleźć chwilę na przycupnięcie z filiżanką matcha latte i oczyszczenie myśli przed nadchodzącymi 365 dniami, jakie na nas czekają 😉

A teraz – do przepisu! (więcej…)