9 stycznia 2016 Japan trip 2015 Japonia

Kyoto cz. II: tysiąc torii i lisy, czyli Fushimi Inari Taisha

Zimno. Szaro. Zima. Dzień jest niemiłosiernie krótki, a rzeczy do zrobienia coraz więcej. Obowiązki, obowiązki, obowiązki. Wszystko dookoła mnie pokrywa nieprzyjemne szare zmęczenie. Coraz częściej wracam myślami do Japonii. Do słońca i umiarkowanego ciepła wczesnej japońskiej jesieni. Do ciężaru plecaka i aparatu dyndającego u szyi. Do bólu stóp. Do zachwytu. Do jedzenia. Do niezależności i wolności. Do tego wszystkiego, czym Japonia dla mnie jest. I chociaż uczucie tęsknoty za tym krajem i czasem w nim spędzonym jest także bolesne, to jednak wracanie myślami do tamtego czasu przynosi mi ukojenie, drobny moment spokoju. Ta tęsknota, chociaż trudna do ubrania w słowa, daje mi także radość. Nie mogę się powstrzymać od planowania, kiedy znowu pospaceruję w parku Ueno i przysiądę przy fontannie, aby wygrzać się w słońcu albo kiedy zagłębię się w targ Kuromon w Osace i spałaszuję niezliczone pyszności, czekające na straganach…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Moje wspomnienia z Japonii – zarówno te w głowie, jak i na zdjęciach – są pełne soczystych kolorów japońskiej natury i świątyń. Niesamowita zieleń roślinności, pod koniec mojego wyjazdu przechodząca już w czerwienie i żółcie, pstrokate barwy ubrań młodzieży i reklam na stacji metra, kolorowe szyldy na ulicy, głęboka czerwień świątyń, wszystko budzi wspomnienia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jednym z miejsc, które najbardziej zapadły mi w pamięć jest Fushimi Inari Taisha, świątynia słynna z korytarza czerwonych torii. To bez wątpienia jedno z najbardziej znanych miejsc w Japonii, przede wszystkim ze względu na słynny korytarz z tysiąca torii (senbon torii), ciągnący się od świątyni aż po szczyt świętej góry Inari (Inari-san). Jej wysokość nie jest porywająca – ma niespełna 300 metrów – ale bardzo przyjemnie się na nią wspina. No, chyba że próbuje się zdobyć szczyt w obcasach, jak niektóre Japonki, które mijałam po drodze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od wejścia widać ogromne zabudowania świątyni, zapraszające mieszanką przepięknej czerwieni i bieli. Schodów prowadzących do głównego budynku strzegą lisy, magiczne zwierzęta bogini Inari, odpowiedzialnej za płodność i rolnictwo. Kiedy wpatrywałam się w jednego z nich, nie mogłam powstrzymać się od wrażenia, że posągi obserwują tabuny ludzi ciągnących do ołtarza z pewną dezaprobatą. Z pewnością robienie idiotycznych póz przed budynkiem i pstrykanie zdjęć to nie jest forma oddawania hołdu, do której Ci starożytni strażnicy są przyzwyczajeni. Mimo wszystko, wśród rozgorączkowanych turystów galopujących od jednego końca budynku do drugiego w poszukiwaniu najlepszych ujęć (do których, w pewnym stopniu, zaliczałam się i ja), można było wypatrzyć ludzi modlących się do Inari – skłaniających głowy i klaskających w dłonie. 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Delektując się przestrzenią, widokami i przyjemną pogodą, postanowiłam rozejrzeć się jeszcze po terenach świątynnych przed przystąpieniem do wspinaczki na Inari-san. W jednym z zakamarków natknęłam się na ścianę pełną kolorowych malutkich papierowych żurawi. Każde takie maleństwo symbolizuje pragnienia jego twórcy: bukiety z tysiąca żurawi ma ponoć zapewnić spełnienie życzenia. Najczęściej tworzy się je, aby życzyć komuś powrotu do zdrowia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Idąc w stronę senbon torii natknęłam się na scenę do tańczenia kagury: tańca poświęconego bogom wykonywanego podczas festiwali. Rodzaje kagury są niezliczone, ale każdy taki taniec jest hipnotyzujący. Póki co, nie miałam szczęścia zobaczyć go na żywo, ale przecież całe życie przede mną.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wreszcie dotarłam do korytarza tysiąca torii, uwiecznionego na tysiącach, setkach tysięcy zdjęć. Z pewnością jest w nim coś tajemniczego i mistycznego, i nawet tłum odwiedzających nie jest w stanie zburzyć tej atmosfery. Przyznaję jednak, że obecność innych ludzi przeszkadza. Ich rozmowy we wszystkich językach świata, konieczność lawirowania między selfie stickami i osobami pozującymi na tle czerwieni torii irytował. Nie tylko dlatego, że przeszkadzali w swobodnym poruszaniu się, ale też dlatego, że ich powierzchowność była niekiedy uderzająca – często nawet nie wchodzili do korytarza, tylko robili sobie zdjęcie tuż przed wejściem, a potem odchodzili.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miało to też swoje plusy – większość ludzi, która postanawiała się jednak przejść czerwonym korytarzem rezygnowała w połowie trasy, zbyt zmęczona, by iść dalej. To oznaczało, że górną połowę trasy przebyłam praktycznie sama, natykając się tylko na parę osób. Co jakiś czas na trasie znajdowały się przystanki, gdzie można było zatopić się w labirynt większych i mniejszych kamiennych chramików poświęconych Inari.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kiedy na takim przystanku byłam sama, otoczona zapachem starego drewna i wilgotnych kamieni, wyszczerzonymi kamiennymi lisami i absolutną ciszą, traciłam na chwilę poczucie czasu. Jeśli z zatłoczonego, pełnego ludzi, hałasu i cywilizacji miejsca wchodzi się w taki mikroświat, oderwany od tego wszystkiego i w którym słychać swój własny oddech, cisza nagle staje się głośna. Ale ten cudowny moment trwał tylko chwilkę – zaraz po mnie wśród chramiki wbiegła sapiąca wycieczka amerykańskich turystów, a ja znowu byłam w rzeczywistości. Zaczęłam więc piąć się dalej na szczyt, ku tej niezwykłej, materialnej ciszy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ze środkowego przystanku można podziwiać nie tylko spoconych, ciężko oddychających ludzi bez kondycji i panie w obcasach z twarzą wykrzywioną bólem, ale także piękną panoramę Kyoto. Piękną, bo w przeciwieństwie do innych dużych japońskich miast, Kyoto jest płaskie, pozbawione wysokich wieżowców. A wszystko to, żeby chronić tradycyjne niskie budownictwo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kiedy dotarłam na szczyt, natknęłam się na mnicha i jego ucznia, zbierającego monety rzucone jako ofiara przy głównym ołtarzu na szczycie. Ich śnieżnobiałe, tradycyjne ubrania świetnie współgrały ze starodawnym otoczeniem. Jedynie uśmiechnięty miś na plecaku mnicha  burzył cały obraz i zdradzał, że znajdujemy się w XXI wieku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po zdobyciu szczytu i obejściu całego terenu świątyni, zwróciłam się ku bocznym uliczkom, gdzie pyszniły się stragany i sklepiki z jedzeniem, pamiątkami i różnymi przyrządami do domu. Sprzedawcy przerzucali małe kuropatwy lub kalmary na grillach, inni wachlowali się tradycyjnymi płaskimi wachlarzami. Jeszcze inni nawoływali do przechodniów, zachęcając ich do spróbowania produktów. Najstarsza babuleńka, sprzedająca kandyzowane owoce, uśmiechała się tylko bezzębnie i machała dłonią na ludzi, aby do niej podeszli. Zapachy tłuszczu, węgla, cukru, drewna mieszały zmysły, tym bardziej po spokoju i ciszy na Inari-san. Kupiłam sobie słynne lody z mleka sojowego, mięciutkie, rozpływające się w ustach i dające ochłodę, ale nie przesadnie słodkie. Podczas spaceru zaczepił mnie starożytny dziadek i zapytał, skąd jestem. „Porando” odpowiedziałam, a jego oczy błysnęły. Złapał mnie za dłoń i ścisnął ją mocno. Przemówił do mnie całkiem dobrym angielskim. Okazało się, że walczył w drugiej wojnie światowej i wiedział o Polsce. „Dżen dobry!” krzyknął i zaśmiał się serdecznie, dalej patrząc mi w oczy. Odpowiedziałam na jego pozdrowienie i także się uśmiechnęłam. Porozmawialiśmy jeszcze chwilkę mieszanką japońskiego i polskiego, następnie rozeszliśmy się. Pożegnałam go, mówiąc „sayonara”, a on stał jeszcze trochę i krzyczał do mnie „Dżen dobry, dżen dobry!”, jakbyśmy witali się serdecznie jak starzy sąsiedzi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ponoć przebycie całego korytarza tysiąca torii i dotarcie na szczyt ma zapewnić szczęście. Ale dla mnie samym szczęściem było to, że się tam znajdowałam, że czułam pod stopami nierówne, obrośnięte trawą stopnie, podziwiałam pajęczyny błyskające w słońcu i maszerowałam pod czerwonymi torii, o których marzyłam od lat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czy robię się zbyt sentymentalna? Ale co innego mogę czuć w momencie, kiedy znajduję się w miejscu, które podziwiałam na zdjęciach i w filmach od bardzo, bardzo dawna? Jasne, kiedy wreszcie się w takim miejscu zjawiamy, następuje zderzenie z rzeczywistością, bo świat realny nie zgadza się ze światem, który sobie wyobraziliśmy. I tak, i tym razem nie było inaczej – tłumy turystów, okrzyki sprzedawców w stoiskach z pamiątkami, ubytki w torii i nieraz zupełnie wyblakła czerwień. Czy byłam rozczarowana? Ależ skąd. Fushimi Inari Taisha nie zgadzało się z wyidealizowanym miejscem, które stworzyłam w swojej głowie. Ale to nie oznacza, że nie było piękne i że nie cieszyłam się, kiedy wreszcie tam dotarłam. Szczerze mówiąc, cieszyłam się jak dziecko. Chciałam zaśmiać się na cały głos, gdy ujrzałam świątynię, a potem pobiec ku niej susami. Zamiast tego zacisnęłam tylko dłonie na aparacie i ruszyłam przed siebie do tej prawdziwej, rzeczywistej Japonii, w której się wreszcie znalazłam.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

  • Mela

    Ja po raz pierwszy w Fushimi Inari byłam po zmroku, bo nie zamykają jej na noc. Wspinaczka w ciemności przez ten las była bardzo klimatyczna. Prawie żadnych turystów,za to mnóstwo kotów, które po zmroku wyległy w poszukiwaniu jedzenia. A w pewnym momencie zobaczyłam nawet lisa! Ale byłam z mężem, sama po zmroku bym się nie odważyła na taką wycieczkę. 🙂 Bardzo miło się czyta Twoją opowieść i ogląda śliczne zdjęcia. 🙂

    • marycooking

      Ach, Fushimi Inari nocą to musi być coś! Ciekawe, czy to był zwykły lis… 😉

      Dziękuję bardzo! <3