Opowieść z Tokyo – dzień I: Asakusa

Rok temu udałam się w podróż do Japonii. Spędziłam dziesięć cudownych, szalonych dni w Tokyo. Chodziłam, zwiedzałam, jadłam i robiłam zdjęcia. Swoje wrażenia i przemyślenia zapisałam, tworząc Opowieść z Tokyo. Przed Wami dzień pierwszy.  Ostrzegam, że nie jestem żadną specjalistką, swoją wiedzę czerpię z książek, rozmów i własnych obserwacji, mogę sie w niektórych kwestiach mylić. Jeżeli macie więc jakieś uwagi, pytania – komentujcie!
tokyo dzien 1 8

A teraz – zapraszam do czytania!

****

Upłynęło już trochę czasu, a w mojej głowie wciąż trwa chaos. Szalona mieszanina barw, dźwięków, zapachów, niespotykana nigdzie indziej. Tokyo. Miasto-potwór. Państwo w państwie. Odurza swoim ogromem, tysiącami kontrastujących zapachów, miesza zmysły błyskiem i hałasem. Pod żadnym pozorem nie można ulec wrażeniu, że zna się swoją pozycję i że obrana trasa to ta właściwa. Jeżeli tak się stanie, zostaniemy natychmiast pochłonięci przez to monstrum, będziemy biadolić i szukać właściwej drogi przez czas wystarczająco długi, aby uznać całą wycieczkę za jedną wielką pomyłkę. Otóż gaijin (właść. gaikokujin, czyli obcokrajowiec, obcy) nie może liczyć na pomoc innych. Paradoksalnie, tokijczycy są bardziej  nieufnie nastawieni do białoskórych ludzi niż dwustuletnie babunie z zapomnianych przez świat wiosek. Hej, one przynajmniej zagadają, pomogą, nawet nakarmią. Tokijczyk natomiast będzie się tylko perfidnie wpatrywał i zachowywał (wg niego) bezpieczny dystans od gaijina. Jak prawie wszystko na tym świecie, ma to również swoje dobre strony. Na przykład podczas jazdy metrem miejscowi pozostawiają między sobą a obcym wolną przestrzeń. Jak się jeszcze znajdzie miejsce do siedzenia, jest świetnie. Poza tym, zabawnie jest patrzeć, jak spłoszona babcia przesiada się na drugi koniec wagonu, a te bardziej zachowawcze – na wszelki wypadek udają się do wagonu obok. W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy taki gaijin zacznie mordować, gwałcić lub rozsiewać AIDS. W społeczeństwie japońskim to właśnie osoby z kontynentu uważa się za sprowadzenie do Japonii tej choroby w latach 90-tych. W rzeczywistości była to obywatelka Kraju Kwitnącej Wiśni, pracująca jako prostytutka za granicą.

tokyo dzien 1 1

Jeżeli ktoś poprosiłby mnie o opisanie Tokyo w jednym zdaniu, wyśmiałabym go. Zabrzmi to obrzydliwie sztampowo, ale jest to miasto kontrastów. Z jednej strony przodujące firmy i ich najnowocześniejsze rozwiązania. Z drugiej strony wszechobecność świątyni, nawet bardzo malutkich, wciśniętych w szparkę między budynkami. Z jednej strony światowa metropolia, międzynarodowe marki, z drugiej – strach przed obcymi, brak chęci zrozumienia ich ( przeciętny tokijczyk sądzi, że biały człowiek to gbur, nie umiejący słowa po japońsku i nie będacy w stanie docenić oraz zrozumieć ich wyrafinowanej i lepszej według nich kultury). Na lotnisku jeszcze tego nie widać, obsługa mówi (w pewnym stopniu) po angielsku, nikt aż tak bardzo się nie gapi, nikt nie ucieka, spłoszony wizją interakcji z nie-japończykiem.

tokyo dzien 1 3tokyo dzien 1 4

tokyo dzien 1 6tokyo dzien 1 7

Umęczone lotem, ale także zrelaksowane atmosferą na lotnisku popełniłyśmy błąd – rozluźniłyśmy się, stałyśmy się pewniejsze. Kiedy więc wysiadłyśmy z metra (które również może budzić w turyście pozorne uczucie spokoju, jako że jest dobrze oznaczone) byłyśmy bezsilne w zderzeniu z prawdziwym Tokyo. Szarym, chaotycznym, pełnym niemówiących po angielsku ludzi i ulic bez nazw (w większości przypadków). Brudne, zmęczone i trochę przerażone błąkałyśmy się przez długi czas. W końcu znalazłyśmy nasz hotelik – Kangaroo Hotel. Nie mogłyśmy jednak spocząć, jedynie zostawić walizki. Wyruszyłyśmy więc zwiedzać okolicę, a więc Asakusę. Tym razem byłyśmy wyposażone w dwie mapy. Naszym celem – jedna z największych i najważniejszych świątyń w Tokyo – Senso-ji. Asakusa uważana jest za starą część tego ogromnego miasta.

tokyo dzien 1 5

Rzeczywiście, w okolicy panuje atmosfera spokoju, w przeciwieństwie do np. Akihabary, która krzyczy, śpiewa, błyska i jest kompletnym przeciwieństwem cichej Asakusy, pełnej zaciekawionych dziadków, świątyń i malutkich, ciasnych sklepików. Sklep ze szczotkami, sklep z ryżem, sklep z ceremonialnymi bębnami, sklep… W Japonii sklepy z reguły w czymś się specjalizują, w Europie jest to już rzadkość. Być może spowodował to izolacjonizm – zachodnie domy handlowe nie zdołały do końca wyprzeć tysiącleci sklepików i stoisk targowych, sprzedających bardzo wyspecjalizowane artykuły, na przykład szczotki i szczoteczki do szorowania rzeczy wszelkich. Jednak im bliżej świątyni, miejsca bądź co bądź turystycznego, takie autentyczne, rodzinne sklepiki zastępują miejsca z pamiątkami czy stoiska z japońskimi smakołykami: słodycze z anko, czyli masą ze słodkiej fasoli azuki (polecam zwłaszcza taiyaki – biszkoptowe ciastko, z reguły w kształcie rybki, wypełnione słodkawą pastą fasolową); ryżowe krakersy o różnych kształtach i smakach; lody o smaku zielonej herbaty lub czarnego sezamu; melon pan, czyli słodka bułka, zawdzięczająca swoją nazwę nacięciom, przypominającymi skórę melona; kruszony lód z syropem; dango, czyli kulki z mączki ryżowej… Przy świątyniach, które przyciągają dużo turystów, jak choćby i Senso-ji, znaleźć można właśnie takie smakołyki. Ale najlepsze rzeczy  są na straganach, które z reguły stawia się podczas festiwalu świątynnego (każda większa świątynia, zarówno buddyjska, jak i shinto ma swój matsuri, czyli festiwal, festyn właśnie). Tam najlepiej polować na ikayaki – całe kalmary na patyku z rusztu lub z teppanyaki, a więc japońskiego grilla, na takoyaki, czyli kulki z ciasta z kawałkami ośmiornicy w środku, posypane pietruszką lub glonami, wiórkami suszonej ryby bonito i polane gęstym, słodkawym sosem. Godna polecenia jest także yakisoba – smażony na japońskim grillu makaron z dodatkami.

tokyo dzien 1 14

Pośrodku tego całego zgiełku pyszni się Senso-ji. Dostojna, krwistoczerwona, a jednak dziwnie wpasowana w otaczający ją zgiełki oraz górujące nad jej dachem błyszczące wieżowce. Chciałoby się rzec – synkretyzm. Bo takie właśnie jest Tokyo – synkretyczne. Nowoczesność i tradycja. Opanowanie i szaleństwo. Dostojność i infantylność. Wszystko współgra ze sobą, mniej lub bardziej harmonijnie. Tuż przed wejściem do wnętrza świątyni stoi duże pudło. Tam można wrzucić parę jenów i pomodlić się do bóstwa. Chociaż to nie jest modlitwa, jaką zna się chociażby z kościołów. To prośba, osobista rozmowa. Wchodzimy do środka. Tam widać przepych. Nie w naszym, europejskim rozumieniu – to nie bogactwo, jakie widzi się w barokowych świątyniach. Jest za to piękny, złoty ołtarz oraz ręcznie malowany sufit. Widok psuje jednak tłum ludzi – tych chcących się pomodlić oraz turystów, gorączkowo próbujących uwiecznić jakiś fragment świątyni. Naprzeciwko Senso-ji widać ogromną bramę, prowadzącą na tereny świątynne, Kaminarimon. Kaminari to grzmot, podczas gdy końcówka mon oznacza bramę, wrota. W bramie znajdują się strażnicy, bogowie burzy i wiatru – Raijin oraz Fuuijin, być może stąd taka nazwa. Po wewnętrznej stronie wrót trudno nie zauważyć dwóch ogromnych słomianych sandałów. Mają funkcję ochronne – ich zadaniem jest odstraszyć wszelkie zło, a tego w mitologii japońskiej nie brakuje.

tokyo dzien 1 9tokyo dzien 1 10tokyo dzien 1 11tokyo dzien 1 12

Zakupiłyśmy wielką torbę ryżowych ciastek i udałyśmy się nad rzekę, Sumidę (właściwie Sumida-gawa). Słońce jeszcze przygrzewało, niebo było czyste, park (nazywający się tak samo, jak rzeka – Sumida-koen) prawie opustoszały. Siedzenie na mięciutkiej trawie, zanurzanie w nią bosych, umęczonych stóp, zajadanie się ciastkami to było idealne podsumowanie tak przecież intensywnego, zwariowanego wręcz początku naszej wycieczki. Po prostu trwałyśmy, wyciszałyśmy się, wreszcie dochodziło do nas, gdzie jesteśmy: grzejemy się w słońcu na trawie w Japonii, krainy niegdyś dla nas, Polaków, mitycznej.

tokyo dzien 1 16tokyo dzien 1 17

 

tokyo dzien 1 18

Wkrótce potem wróciłyśmy sobie, powolutku, do hotelu. Pokoik był malutki. Nasze futony były wręcz w siebie wtulone, przy wejściu stała malutka lodówka i telewizor. Po zrobieniu kroku od drzwi stawało się już na tatami, gdzie leżały nasze posłania. Niektórym może wydawać się to klaustrofobiczne, ale miejsca było dość, zwłaszcza, że używałyśmy pokoju wyłącznie do spania. Zmęczone, zasnęłyśmy jak dzieci około siódmej, kiedy tylko nasze głowy dotknęły poduszek.

tokyo dzien 1 13