23 października 2015 Japan trip 2015 Japonia

Ramen i morze, czyli Yokohama

To było jedno z tych miejsc, które musiałam odwiedzić: ja, zagorzała miłośniczka ramenu. Ruszyłam tam już pierwszego dnia – w końcu z Tokyo do Yokohamy jest rzut beretem. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze. Nie tylko ze względu na moją ekscytacje, wielkie oczekiwania (miałam w końcu przed sobą trzy tygodnie podróżowania po Japonii!) oraz wspaniały przegadany wieczór z cudowną K., u której nocowałam w Tokyo, ale także na trzęsienie ziemi, które zbudziło nas brutalnie wczesnym rankiem. Trudno opisać to zjawisko. Wszystko dookoła mnie trzęsło się: prawo-lewo, prawo-lewo, góra-dół, góra-dół, szybko, miarowo, aż nagle przestało. Wstrząsy trwały kilkadziesiąt sekund, ale miałam wrażenie, że czas zwolnił. Za oknem przyjemny, uprzejmy damski głos wydobywający się z głośników na ulicy ogłaszał koniec trzęsienia.

Zbyt zmęczona i senna, aby zawładnęła mną adrenalina, wdrapałam się z powrotem do łóżka i niemal momentalnie osunęłam w sen. Ot, taki powitalny wstrząs.

Po drugiej (dosyć późnej) pobudce niezwłocznie przygotowałam się do wyjścia i ruszyłam, trochę niepewnie i nieśmiało, na stację pociągu Yamanote, skąd pojechałam do Yokohamy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ze wszystkich miast i miasteczek, które odwiedziłam, Yokohama wywarła na mnie najmniejsze wrażenie. W dużym stopniu winię za to moje zdenerwowanie. Ale też samo miasto nie miało swojego charakteru, jak Kyoto czy Osaka. Jedyne, co zapadło mi w pamięć to muzea ramenu i ramenu instant oraz port. Nie ukrywam, że nie zdążyłam podejść do Chinatown, ponoć niezwykle kolorowego i głośnego. No cóż, muszę tę zaległość nadrobić następnym razem!

Moim pierwszym celem było Muzeum Ramenu, schowane w labiryncie bocznych ulic.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sam budynek jest brzydki i raczej nijaki, ale za to chowa prawdziwą ciekawostkę: odtworzony fragment shitamachi (dolnego miasta, czyli biedniejszej okolicy) z lat 50-tych poprzedniego wieku. Odnoszę wrażenie, że Japończycy uwielbiają tego rodzaju repliki uliczek czy nawet całych fragmentów miasteczek, jak również budowanie wszelkiej maści tematycznych parków rozrywki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie rozumiem tej fascynacji, ale muszę przyznać, że przeciskanie się po ciemnych, wąskich uliczkach i wdychanie aromatów różnych rodzajów ramenu było doznaniem niezwykle przyjemnym. Nawet dziki tłum, który kotłował się wśród barów znajdujących się w części centralnej miasteczka mnie nie zniechęcił. Być może dlatego, że nie odważyłam się w ten tłum wejść. Zadowoliłam się podziwianiem starych plakatów filmowych, dokładnie odtworzonych budynków i wdychaniem tłustawego zapachu ramenu unoszącego się w powietrzu. Korciło mnie, aby ustawić się w jednej z długich kolejek i spróbować którejś z zup, ale wolałam się jednak przespacerować po uliczkach otaczających główny plac.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Natknęłam się tam na sklepik ze słodyczami i zabawkami, oczywiście w konwencji powojennej, pasującej do reszty otoczenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Starzy i młodzi Japończycy z zachwytem siorbali wyciskane z plastikowej tubki lody i wybierali najlepsze smaki cukierków z koszyczków. Dla starszego pokolenia była to wycieczka do czasów dzieciństwa, dla młodszego – słodka ciekawostka. Mnie najbardziej jednak spodobał się wymiętolony sztuczny kot, który wisiał smętnie nad sklepikiem i straszył krzywymi łapkami i zezem. Mały zgrzyt w tym jakże wiernym i dopracowanym odtworzeniu ubogiej partii miasta z lat 50-tych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Postanowiłam pójść za ciosem i od razu udać się do drugiego muzeum związanego z ramenem: Cup Noodles Museum, czyli muzeum poświęconemu wynalazkowi Momofuku Ando, który w Polsce znamy pod jakże mylącą nazwą zupek chińskich.

Ramen zamknięty w plastikowym kubeczku, który potrzebował tylko wrzątku i paru minut, aby zamienić się w posiłek miał być, według pana Ando, rozwiązaniem na powojenne braki w żywności w Japonii. Losy zupek błyskawicznych potoczyły się jednak nieco inaczej i teraz spożywane są na całym świecie, i utożsamiane ze śmieciowym jedzeniem, którym przecież, jakby nie patrzeć, jest.

Kiedy weszłam do pierwszej sali owego muzeum zostałam zaatakowana przez setki, jeżeli nie tysiące opakowań zupek błyskawicznych. Pomieszczenie wypełnione było po suft materialnymi dowodami popularności tego dania: zgromadzone zostały produkty z całego świata. Chociaż polskich zupek nie znalazłam.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czując się trochę przytłoczona napierającymi zewsząd cup noodles, udałam się dalej. Niestety, nikt nie wpadł na to, że wystawę o historii powstania zupki błyskawicznej będzie chciała obejrzeć osoba niemówiąca po japońsku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Obejrzałam więc ilustracje, zaglądnęłam do makiety naturalnej wielkości chatki Momofuku Ando, gdzie ponoć opracowywał swój wynalazek. To akurat bardzo lubię w japońskich muzeach: z reguły wszystko można dotknąć, ponaciskać, obejść ze wszystkich stron, a nawet często wręcz wejść do eksponatu, jak to miało miejsce tutaj. I oczywiście robić zdjęcia. Nie ma też za nami pani lub pana, którzy niemal depczą nam po piętach i pilnują, żebyśmy niczego nie ukradli. Od razu przyjemniej się zwiedza.

Muzeum było pięknie zaprojektowane, czyste w formie i minimalistyczne w doborze barw. Biel, szkło, drewno i okazjonalny beton to zdecydowanie moje klimaty. Samo więc chodzenie po budynku sprawiało mi radość.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jednak najbardziej ucieszyłam się, kiedy odkryłam The World’s Market (Targ Światowy): głośny, brudny, jednocześnie ciemny i rozświetlony mnóstwem kolorowych starych neonów. Można było tutaj spróbować zup z makaronem, którymi inspirował się Ando tworząc zupkę błyskawiczną. Przeciskając się pomiędzy stolikami, siorbiącymi biesiadnikami, biegającymi dziećmi i znajomym okrzykiem irasshaimaseeee!!! spredawców, przeglądałam ofertę stoisk; każde oferowało zupę z innego kraju.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W końcu zdecydowałam się na pół porcji koreańskiego zimnego ramenu. Bulion okazał się być raczej mdły, aczkolwiek makaron przyjemnie stawiający opór zębom, kwaskowate ogórki i kimchi ratowały sytuację. Dziwnym, ale jakże udanym pomysłem był kawałek jabłka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rozochocona, pobiegłam do jeszcze jednego stoiska i tym razem zakupiłam połowę porcji pikantnej zupy z Chin.  Była jednak tak ostra, że ledwo wyczułam jakikolwiek smak.

Cały targ urządzony był w konwencji powojennej: na ścianach wyłożonych brudnymi kafelkami przyklejone zostały wyblakłe plakaty filmowe i reklamy, przy każdym stoisku stał stary automat do składania zamówień (wrzuca się potrzebną ilość monet i, po naciśnięciu przycisku z nazwą potrawy, dostaje się bilecik, który następnie wręcza się kucharzowi lub kelnerowi), a w kuchni chińskiego stoiska dostrzegłam nawet portret Mao Zedonga.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Blade światło jarzeniówek tylko pogłębiało wrażenie, że znalazłam się w trochę innej rzeczywistości. Jedynie nowoczesne aparaty i ubrania turystów zdradzały, że jestem w teraźniejszości.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Całe zwiedzanie zakończyłam nad morzem, w porcie. Pary przechadzały się wzdłuż betonowego brzegu, rodziny odpoczywały na trawie, rozmawiając i bawiąc się z małymi dziećmi. Te starsze zaś biegały wśród par, wskakiwały na barierki i pokazywały sobie latające ryby, które co jakiś czas wyskakiwały z wody.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Osobniki pewniejsze podchodziły cicho do dziadków z wędkami i wdawały się w pogawędkę. W oddali kołysały się statki. Tuż za moimi plecami huczało miasto: samochody sunące po wiadukcie, pociągi spieszące się do kolejnej stacji, wysokie wieżowce wypełnione pracownikami w garniturach. Ten cały zgiełki i promenadę dzieliło może sto, dwieście metrów, ale czułam, że znalazłam się w innej przestrzeni, oddzielonej od reszty miasta niewidzialną ścianą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Plaża nie była piękna, ani nawet ładna: w całości pokryta betonem i zabezpieczona barierkami. Mimo to siedzenie na jednej z wielu ławek albo na trawie i wpatrywanie się w niesamowity kolor wody uspokajał. Charakterystyczny zapach morza, trochę przygaszony, ale wciąż wyczuwalny przywoływał miłe wspomnienia z wakacji. Okrzyki zachwytu dzieci wywołane spektakularnym skokiem latającej ryby, śmiech rodziców, rozmowa stojącego nieopodal staruszka z małą dziewczynką… Właśnie wtedy, kiedy stałam oparta o barierkę i obserwowałam to wszystko, dotarło do mnie, że jestem w Japonii. Właśnie wtedy, będąc w samym środku codziennego życia Japończyków, nie zaś w muzeum czy przy innej atrakcji turystycznej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

  • Muszę się kiedyś wybrać do Muzeum Ramenu – planuję to od dawna 🙂 Nie przepadam specjalnie za Yokohamą, ale całkiem fajny jest China Town.

    • marycooking

      No właśnie do China Town nie zaglądnęłam, czego żałuję. Ale wszystko przede mną 😉
      A do Muzeum się wybierz – kolejki do barów z ramenem są straszne, ale samo chodzenie po tym niby miasteczku jest fajnym przeżyciem.