7 grudnia 2015 Japan trip 2015 Ramen Wege

Ramen i trochę o Kyoto

Kyoto to miejsce, gdzie czułam się najbardziej wolna i spokojna. Nie tylko podczas mojego pobytu w Japonii, ale także od dłuższego czasu w ogóle. Kyoto i Osaka były miastami, w których spędziłam najwięcej czasu. O ile Osaka jest głośna, brudna, brzydka i pękająca od nagromadzonej w niej energii, to Kyoto dawało mi poczucie spokoju i swobody. W mieście tym byłam też najbardziej wolna i samotna w pozytywnym tego słowa znaczeniu: nic ani nikt nie kontrolował mojego czasu czy postępowań. Codziennie rano wstawałam w moim malutkim mieszkanku, z maciupką łazienką, całą plastikową i jakby futurystyczną, z maleńką kuchnią i dziwacznie wielkim łóżkiem, które zajmowało prawie cały (jedyny z resztą) pokój. Wychodziłam sobie, przy wejściu z budynku kiwałam głową stróżowi i szłam na stację metra. Codziennie przechodziłam obok śmiesznego przystanku dla tramwaju jadącego do Arashiyamy (o której kiedy indziej) i małej piekarenki przyciągającej zapachem świeżego pieczywa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

P.S. Na końcu wpisu znajdziecie przepis na ramen (w wersji wegańskije wystarczy zamienić płatki katsuo na grzyby shiitake)!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pewnego dnia wysiadłam na stacji metra przy Dworcu Głównym prawie bez planu. Wiedziałam, że najprawdopodobniej spotkam się tego dnia z M., polską blogerką kulinarną, która również podróżowała po Japonii. Ale nie wiedziałam nic poza tym. Znając już jednak mniej więcej okolice dworca, ruszyłam przed siebie, pamiętając, że mijałam dwie piękne świątynie podczas jednego z moich spacerów. Skierowałam się więc ku jednej z nich, Higashi Hongan-ji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Droga do niej chociaż krótka, oddawała w pewnym stopniu ducha Kyoto: mijałam stare, niskie domy, sklepiki ze wszystkim i ciasną księgarnię wypchaną po sufit używanymi książkami. Z drugiej strony jednak, aby dostać się do świątyni, musiałam przejść przez niezwykle ruchliwe, pełne samochodów i autobusów skrzyżowanie. Jednak w Kyoto wyraźnie było widać, że stare budownictwo zajmuje uprzywilejowaną pozycję. Budowanie wysokich budynków jest w tym mieście ściśle kontrolowane przez prawo, przez co — w znacznej mierze — zachowało swoje niskie budownictwo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W końcu stanęłam przed wejściem do ogromnego Higashi Hongan-ji. Tuż przy bramie, jakby nigdy nic, siedział staruszek czytający książkę, otoczony kilkoma kotami.Przez chwilę przypatrywałam mu się badawczo, jakbym chciała sprawdzić, czy rzeczywiście tam jest. Zobaczył moje spojrzenie i uśmiechnął się delikatnie, po czym wrócił do lektury. Weszłam do świątyni, starając się nie nadepnąć na drzemiące na ziemi koty. Zastanawiałam się, czy staruszek nie jest może ochronnym kami (bóstwem lub duchem) świątyni, a wylegujące się na chłodnej ziemi zwierzęta jego pomocnikami. Świątynia nie była shintoistyczna, ale z japońskimi bóstwami nigdy nie wiadomo…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przy wejściu umyłam ręce, aby oczyścić się z brudu świata zewnętrznego. Nie wyznaję oczywiście shinto ani buddyzmu, ale uważam, że trzeba szanować takie zwyczaje. Na pierwszy rzut oka świątynia nie wydała mi się wielka. Dopiero kiedy bardziej zagłębiłam się w tereny świątynne, doszłam do Goei-do, głównej hali, rzeczywiście ogromnej: jest jednym z największych drewnianych budynków na świecie. Przy schodach zdjęłam buty, ustawiłam na specjalnie przygotowanej macie i zaczęłam wspinać się. Kiedy tylko moje gołe stopy dotknęły ciemnego, zimnego drewna, zrobiło mi się dziwnie przyjemnie. A kiedy wspięłam się i stanęłam na deskach korytarza okalającego główną halę, uderzył mnie dziwny, dający radość spokój. Byłam praktycznie sama, tylko kilka osób szurało cichutko bosymi stopami niedaleko mnie. Kilkanaście metrów nad moją głową pysznił się misternie skonstruowany dach, obok mnie kilkumetrowe wrota zdobiły ścianę na całej jej długości. Niektóre był otwarte i widziałam przez nie lekko zaciemnione przestronne wnętrze, z którego unosił się zapach kadziła, słychać było szepty, szybkie szuranie dziecięcych stópek o maty tatami i cięższe kroki rodzica, usiłującego złapać dziecko. Ja skręciłam w bok, w zupełnie pusty korytarz. Sama byłam zdziwiona spokojem, który odczuwałam. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz się tak czułam, czy kiedykolwiek się tak czułam. Być może otaczająca mnie cisza i atmosfera sacrum, wielkość i surowość budynku wywołały we mnie taki nastrój. Spędziłam tam długi czas, chodząc, siedząc, zaglądając w zakamarki i smakując to dziwne  uczucie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W końcu ruszyłam dalej. Huk głównej ulicy bolał porządny kopniak. Moje uszy rozbolały od hałasu, który mnie nagle otoczył. Odwróciłam się, aby pożegnać się ze staruszkiem, ale ten zniknął wraz z kotami. Być może rzeczywiście był to jakiś odpoczywający w cieniu kami. No cóż, stwierdziłam, trzeba ruszać dalej. Skierowałam się więc ku Kinkaku-ji, gdzie miałam się spotkać z M.

Natężenie turystów w pobliżu słynnego złotego pawilonu, Kinkaku-ji, jest nieprzyjemnie wysokie o każdej porze. Na szczęście M. i ja jakoś się znalazłyśmy. Widząc dziki tłum turystów, kupiłyśmy sobie po przepysznym lodzie z czarnego sezamu na pokrzepienie. Po ich skonsumowaniu, ruszyłyśmy w tłum. Zostałyśmy przepchnięte na specjalny taras widokowy, gdzie  niezliczone selfie sticki wbijały się nam w plecy oraz twarze. Ale i tak widok wynagradzał otaczający nas chaos.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kinkaku-ji wyglądał, jakby został odcięty od rzeczywistości. Jakby ktoś wzniósł wokół niego barierę i świat zewnętrzny się go nie imał. Piękny w swej prostocie, cały pokryty złotem w idealnie zaprojektowanej, przemyślanej w najdrobniejszym szczególe przestrzeni ogrodu, Złoty Pawilon zachwycał. Było w nim coś nieziemskiego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jednak krzyki i wrzaski we wszystkich językach świata, selfie sticki i przepychanki dość sprawnie sprawiły, że powróciłam na Ziemię. Uciekając przed tłumem, obeszłyśmy – w miarę możliwości – Kinkaku-ji i udałyśmy się na obiad. Na bardzo specjalny i smakowity obiad. Poszłyśmy do Mamezen.

Mamezen to mały lokalik schowany na zwykłym osiedlu, między podobnymi do siebie domami i którego wejście łatwo minąć. Na marginesie, w Japonii przyjemne kawiarnie czy knajpki  często schowane są w bocznych uliczkach czy na piętrach budynków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wracajmy jednak do Mamezen. Jego specjalnością jest ramen na mleku sojowym. Pomysł połączenia ramenu, a więc dania, które do lekkich nie należy, i mleka sojowego przyjęłam z pewną rezerwą, ale pomysł wydawał mi się tak ciekawy i niestandardowy, że postanowiłam go spróbować. Kiedy jednak stanęłyśmy przed Mamezen okazało się, że jest on zamknięty. Kiedy już zbierałyśmy się, żeby odejść, w drzwiach stanął Yonekawa-san, właściciel, który specjalnie dla nas otworzył swój lokal. Usiadłyśmy przy kontuarze i zamówiłyśmy ramen. Czekając na jedzenie, popijałyśmy zimną herbatę i bacznie obserwowałyśmy ruchy pana Yonekawy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po chwili stanęły przed nami dwie miski parującej zupy. Zabrałyśmy się do robienia zdjęć, a pan Yonekawa przypatrywał się nam z mieszaniną ciekawości i jakby lekkiej irytacji. W końcu ramen powinno jeść się od razu po podaniu, gdyż makaron szybko namaka zupą i rozmięka. W końcu zabrałyśmy się za jedzenie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ach, jakie to było dobre!

Ramen był lekki, słodkawy, ale miał też wyczuwalną nutkę yuzu. Makaron był cienki i przyjemnie sprężysty, zupa idealnie go pokrywała. Poszatkowana dymka, która pod wpływem ciepła puściła soki, jeszcze bardziej wzbogaciła smak bulionu. Z entuzjazmem zaczęłam siorbać makaron i wyjadać delikatną yubę (cieniutkie skórki tofu) oraz grzyby. Między siorbnięciami wykrzykiwałam Umai!, Oishii! i So yummy! na przemian do pana Yonekawy. który pod wpływem naszego widocznego zachwytu wyraźnie się rozluźnił. Zaczęliśmy rozmawiać, trochę po japońsku, trochę po angielsku o podróży M. i mojej, jego knajpie i naszych dalszych planach. Tak się wszyscy zaprzyjaźniliśmy, że pan Yonekawa dał nam przepis na swój ramen! Oczywiście nie zdradził wszystkiego, a składniki dostępne w Polsce niestety się różnią, ale po kilku próbach prezentuję Wam w końcu moją wersję przepisu pana Yonekawy:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

SOY MILK RAMEN na podstawie przepisu pana Minoru Yonekawy z Mamezen:

SKŁADNIKI (na 1 porcję):

Bulion:

  • 25o ml konbu dashi (+ płat konbu użyty do jego zrobienia, będzie nam potrzebny)
  • 110 ml mirin
  • mała garść płatków katsuo (lub grzybów shiitake w wersji wegańskiej)
  • 25 ml sake
  • 50 ml jasnego sosu sojowego (lub 25 ml jasnego i 25 ml ciemnego)
  • 100 ml wody
  • 250 ml mleka sojowego (o temperaturze pokojowej)
  • Sok z cytryny i pieprz sansho do smaku (możemy je opuścić, jeżeli wolimy, aby ramen był słodszy)

Makaron:

  • kupny lub z zrobiony na podstawie tego przepisu

Dodatki:

-Grzyby shiitake:
  • 3-4 grzyby shiitake
  • kilka plasterków świeżego imbiru
  • 4 łyżki sosu sojowego
  • 1 łyżka sake
  • 2 łyżki mirin
  • 1/2 łyżki brązowego cukru (ostatecznie białego)
-Plasterki imbiru (zachowane z gotowania grzybów)
-Tofu
-Marchewka (pokrojona w zapałki)
-Dymka (poszatkowana)
-Płatek nori do przyozdobienia (opcjonalnie)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PRZEPIS:

Dodatki:

Grzyby shiitake:

Grzyby moczymy w miseczce z zimną wodą przez około 20-30 min. Następnie wodę z miseczki oraz grzyby przelewamy do garnuszka, dodajemy imbir, cukier, mirin, sos sojowy i sake. Doprowadzamy do wrzenia na średnim ogniu, zmniejszamy ogień i gotujemy na wolnym ogniu przez około 10-15 minut.

Tofu:

Odsączamy kostkę tofu, zawijając ją w ręcznik papierowy i odciskając wodę. Tniemy kostkę w pół, następnie na plastry. Smażymy przez 2-3 minuty na rozgrzanej patelni, można dodać trochę sosu sojowego, pieprzu lub pieprzu sansho.

Bulion:

W rondelku zagotowujemy mirin, aby odparować alkohol. W osobnym garnku doprowadzamy do wrzenia dashi, wrzucamy płatki katsuo (grzyby w wersji wegańskiej) oraz płat konbu. Gotujemy przez około 1 minutę, następnie filtrujemy bulion.

Przefiltrowane dashi stawiamy z powrotem na ogień. Dodajemy mirin, sos sojowy, sake oraz mleko sojowe, mieszamy. Ewentualnie dodajemy sok z cytryny i/lub pieprz sansho do smaku. Zmniejszamy ogień. Do miski wkładamy makaron, następnie zalewamy go gorącym bulionem, aranżujemy dodatki i od razu podajemy.

Smacznego!


ENGLISH VERSION:

SOY MILK RAMEN based on recipe by Minoru Yonekawa from Mamezen

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

INGREDIENTS:

Stock:

  • 250 ml konbu dashi (+ 1 sheet of konbu used to make it, you’ll need it later)
  • 110 ml mirin
  • a handful of katsuobushi flakes
  • 25 ml sake
  • 50 ml soy sauce (or 25 ml of light soy sauce and 25 ml of dark soy sauce)
  • 100 ml water
  • 250 ml soy milk
  • fresh lemon juice and sansho pepper (optional)

Noodles:

  • Bought or homemade

Toppings:

-Shiitake mushrooms:

  • 3-4 shiitake mushrooms
  • a couple of slices of fresh ginger
  • 4 Tbsp soy sauce
  • 1 Tbsp sake
  • 2 Tbsp mirin
  • 1/2 Tbsp brown sugar

-Slices of fresh ginger (from the stock used for boiling shiitake mushrooms)

-Tofu

-Carrot (julliened)

-Spring onion

-A slice of nori for decoration (optional)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

RECIPE:

Toppings:

Shiitake mushrooms:

Soak mushrooms in a small bowl for 20-30 min. Pour the water along with shiitake in a saucepan, add ginger, sake, soy sauce, mirin, and brown sugar. Bring to a boil on a medium heat, then lower the heat and simmer for 10-15 minutes. Set the mushrooms and ginger slices aside, discard the liquid.

Tofu:

Drain off the tofu cube by wrapping it in kitchen towel and squeezing lightly. Cut the tofu in half, then slice the halves. Fry the slices for 2-3 minutes, you can add some soy sauce, black pepper or sansho pepper.

Stock:

In a small saucepan bring mirin to a boil so that the alcohol evaporates. In a separate pot bring konbu dashi to a boil and add katsuobushi flakes (shiitake mushrooms in the vegan version) and konbu sheet. Boil for about 1 minute then filter the stock. Discard katsuo and konbu. Put the filtered dash on medium heat. Add mirin, soy sauce, sake, and soy milk, stir. Optionally, add freshly squeezed lemon juice and/or sancho pepper. Lower the heat.

Put noodles in the bowl, pour the stock, arrange the toppings and dig in!

Bon Appetit!

  • Hanna Ciebiera

    Och! Przepytałam kilka wpisów na Pani blogu i aż mi się łezka w oku zakręciła, jak przypomniałam sobie moją zeszłoroczną podróż! Ja w przeciwieństwie do Pani nie wiedziałam przed wyjazdem do Japonii praktycznie nic o tym kraju i dopiero na miejscu zapałałam do niego miłością, która trwa także po powrocie do Polski! Ostatnio przyłapałam się nawet, że podczas podróży, czy to do Portugalii, czy to do Turcji nieświadomie porównuję niektóre rzeczy do tych spotkanych w Japonii (co jest przecież zupełnie absurdalne).

    Kyoto! To było coś cudownego! Tam chyba można wyłącznie medytować, kontemplować i zaglądać do swojego wnętrza.

    Jestem pod wrażeniem Pani wiedzy na temat Japonii! I tego jak cudownie mi się czyta Pani posty! Dziękuję!

    • marycooking

      To ja dziękuję za takie miłe słowa!

  • Jak pięknie i jak smacznie! Jeść się chce od razu 🙂

    • marycooking

      Dziękuję <3

  • Diana Szoła

    Nie pomyślalabym zeby tofu dodac, moj chlopak sie ucieszy na taka wariacje, a skad taka piekna miska do ramenu? 🙂