2 kwietnia 2017 Osobiste

Wracam

Strasznie długo mnie nie było. Tutaj, na blogu, na facebooku, na instagramie. Wszędzie cisza. Zniknęłam.

Zawsze gdzieś tam z tyłu głowy brzęczało poczucie winy i kotłowały się myśli, jak się usprawiedliwić, jak wyjaśnić, że znowu zapadłam się pod ziemię. Ale jakiś czas temu moja znajoma powiedziała, że nie muszę się przed nikim usprawiedliwiać. I wiecie co? Myślę, że ma rację. Nie będę się usprawiedliwiać i prosić o wybaczenie, że znowu zawiodłam.

Zamiast tego opowiem trochę o sobie. O sobie i blogu.

Od ponad pół roku ciężko nad sobą pracuję. Czasami jest to śmiesznie łatwe: pociągam za sznurek, który rozplątuje się za pociągnięciem nadgarstka i o! rozumiem, widzę, dostrzegam. Czasami jest to jak gra w jengę: wyjmuję jeden element i krucha konstrukcja z pozostałych klocków, moja osoba, rozsypuje się po podłodze. I nawet jeśli przeanalizuję klocek, który trzymam w dłoni, to na ziemi wala się jeszcze mnóstwo innych. A ja nie wiem, który podnieść. Często nie mam nawet na to siły.

Czasami otwieram jedne drzwi i okazuje się, że za nimi jest kilka innych, a ja boję się podjąć decyzję, do których podejść.

Czasami mam wrażenie, że stoję pośrodku białej pustki, jestem zawieszona w próżni.

Niektóre dni są dobre. Nie udane, nie wspaniałe, nie szczęśliwe. Dobre. Ale dla mnie dobry dzień to dużo, coś cennego, ale też niepewnego.

Niektóre dni są normalne: apatyczne, frustrujące, lekko duszące, przygniatające ciężarem nie do końca wiem czego.

Niektóre dni są złe: zatykające gardło paniką, pełne wątpliwości, w które nagle zaczynam wierzyć całą sobą, chociaż zawsze staram się trzymać je upchnięte w odległym kącie mojego umysłu.

Ale, póki co, nie ma już dni Złych, Beznadziejnych i Strasznych.

Robię teraz rzeczy, o których nie śniło mi się pół roku temu. Może dla niektórych zupełnie błahe i zwyczajne, ale dla mnie, dla mnie, są one niezwykle ważne.

Poznaję siebie, jako osobę. Po raz pierwszy staram się myśleć o sobie, naprawdę o sobie, a nie o innych. Co lubię robić? Czego nie? Co mnie interesuje? Co chcę robić?

Myślę. Dużo, ciągle. Czasami wręcz podświadomie, gdzieś tam z tyłu, z boczku, po cichu. Czasami drążę i drążę, z uporem maniaka, próbując znaleźć odpowiedź, zrozumieć. Czasami robię wszystko, żeby tylko zagłuszyć swoje procesy myślowe i skupić się na czymś innym.

Jedną z istotnych rzeczy, nad którymi się nieustannie zastanawiam to blog. Jeśli mam być z Wami szczera, blog, mój ukochany blog, był dla mnie obowiązkiem. Jedną z tych rzeczy, na które nie miałam siły, ale robiłam, bo chciałam przekonać siebie i innych, że jestem normalna i bezproblemowa. Jednocześnie zawsze miałam wrażenie, że jednak blog był dla mnie ważny. Ale nie ważne, jak bardzo go kochałam, to zmuszenie się do stworzenia czegoś – wpisu o Japonii, przepisu, zdjęć – było tak wielkim wysiłkiem, że poddawałam się kilka razy, zanim wreszcie zaciągnęłam swoje cielsko do pracy. Ale im częściej to robiłam, tym bardziej czułam, że to mgliste uczucie miłości niknie pod poczuciem bezsilności, frustracji i czegoś na kształt niechęci. W pewnym momencie zupełnie straciłam jakiekolwiek ciepłe uczucia, jakie żywiłam wobec bloga. Ale próbowałam ciągnąć go dalej. Bałam się Was zawieść.

Punktem przełomowym – czy raczej pasmem przełomowy, bo proces trochę trwał – był moment, kiedy zaczęłam się zastanawiać właśnie, co chcę robić. Co mnie tak naprawdę interesuje? Co robię, bo próbuję nadać mojemu życiu normalności? Co jest tylko obowiązkiem? Co kiedyś kochałam (i być może kocham dalej), ale każdą cząsteczkę energii przeznaczałam na parcie do przodu, z tępym uporem, modląc się, żeby nikt nie zobaczył, co chowam za głośnym śmiechem, za żartem, którym zawsze posłużę, za jednoczesną dziecinną lekkością i nadmierną dojrzałością.

I wtedy postanowiłam, że robię przerwę. Nie miałam nic wspólnego z blogiem. Odsunęłam się jak najdalej, nabrałam dystansu. Byłam tak nadwrażliwa, bezbronna, a moja decyzja wydawała mi się wtedy tak intymna, że nic nikomu nie powiedziałam. Teraz mi wstyd. Mogłam coś napisać. Ale wtedy nie przeszło mi to przez myśl.

Na początku rozstania nie czułam nic. Może czułam się trochę mniej spięta. Ale z każdym mijającym tygodniem blog coraz wyraźniej dawał o sobie znać. Zaczynało mi go brakować. Brakować nie tylko bloga, ale też kontaktu z Wami. Decyzja o powrocie krystalizowała się odrobinę dłużej, ale w końcu uznałam, że chcę wrócić. Naprawdę chcę. Tak od siebie. Dla siebie.

Chcę, żeby tym razem ten blog był zupełnie mój: moją koncepcją, przemyślaną, zgodną z moją filozofią żywieniową. Bardziej swobodny. Przyjemny. Nie tylko dla Was, Kochani Czytelnicy, ale też dla mnie samej. Bo tak naprawdę nigdy nie był.

Ale póki co, czuję, że jeszcze nie mam siły, że jeszcze nie czas, żebym zaczęłam pisać na blogu. Nie chcę oszukiwać siebie, zmuszać się, nie chcę oszukiwać Was, dając Wam napisane na siłę tekst pozbawione serca.

Póki co, chcę wrócić na Facebooka i Instagram. Być z Wami w kontakcie, powoli wracać, własnym tempem. Wrócić do rozmów z Wami, udzielania pomocy, robienia zdjęć, pytania się, jak się czujecie, uczestniczenia w projektach kulinarnych. Chcę wrócić do kochania tego wszystkiego, tego całego jedzeniowego świata. Ale tym razem do kochania w pełni świadomego.

  • Zuzanna Bębenek

    Fakt, minęło trochę czasu odkąd to napisałaś. Ale chcę Ci powiedzieć, że bardzo się cieszę, że wracasz 🙂

    • marycooking

      Dziękuję! Takie słowa dużo znaczą! 🙂